• Stołeczne pogotowie ratunkowe powstało w 1897 roku
  • Pierwsza „erka” w Warszawie pojawiła się w 1969 roku
  • Ostatnia reanimacyjna Nysa jeździła w Oświęcimiu aż do 2007 roku
  • Nysa 522 R nie była szybka, a mimo to jej prowadzenie wymagało skupienia 
  • Więcej takich tekstów znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

O tym, jak ważne w ratowaniu rannych po wypadkach są pierwsze minuty, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Przy poważnych urazach o życiu i śmierci decyduje szybka i fachowa pomoc. Ale nawet najlepszy lekarz nie da sobie rady, jeśli pod ręką będzie miał tylko wyposażenie z przenośnej torby. Do przywrócenia akcji serca czy oddechu potrzebne są specjalistyczne urządzenia, a te jeszcze kilkanaście lat temu nie zmieściły by się w sanitarce na bazie samochodu osobowego.

Gdy lekarz ma już rozeznanie w sytuacji, a pacjent został wstępnie zaopiekowany, trzeba jak najszybciej przewieść go do szpitala. W małych karetkach na pokładzie można było co najwyżej zaaplikować leki albo podać tlen. Nawet podanie kroplówki nie było już takie proste i w chwili, gdy chory trafiał do samochodu, siedzący obok lekarz mógł co najwyżej monitorować jego stan.

Nysy do transportu sanitarnego produkowano od 1059 roku

Sytuację diametralnie zmieniło pojawienie się na służbie większych furgonetek, czyli właśnie Nys, które z myślą o transporcie sanitarnym produkowano już od 1959 roku (model N59). Już od początku lat 60. wyposażenie karetek pogotowia ratunkowego stopniowo wzbogacano, tworząc przy tym tak zwane zespoły reanimacyjne. W ich skład wchodził zawsze lekarz anestezjolog, pielęgniarka anestezjologiczna, sanitariusz i oczywiście kierowca.

Ten ostatni musiał mieć długie doświadczenie „za kółkiem” i przede wszystkim spokojną głowę, bo jazda z pacjentem w ciężkim stanie musi być wyjątkowo ostrożna, a prowadzenie obciążonego, dużego auta wcale nie było łatwe. Prawdziwy przełom w dziedzinie specjalistycznego transportu sanitarnego nastąpił jednak dopiero w drugiej połowie lat 70.

Wtedy to na szczeblu krajowym podjęto decyzję, że pojazdy reanimacyjne będą wyposażane według pewnego ściśle określonego standardu. Produkowane w Nysie „surowe” samochody początkowo trafiały do zakładów TEMED w Zabrzu, gdzie standard ten opracowano i rozpoczęto wyposażanie pierwszych Nys „erek” w specjalistyczny sprzęt medyczny. Jednak dopiero przeniesienie produkcji do Zakładów Techniki Medycznej w Świdnicy zaowocowało znacznie większą produkcją – nie bez znaczenie była pewnie także odległość od zakładu w Nysie.

Elon Musk pewnie by się zdziwił, że na każdej Nysie „erce” jeździła Tesla

Świdnickie „erki” charakteryzowały się białym malowaniem, z granatowym i czerwonym pasem, oraz literą R. Zamiast sygnałów Belma i „kogutów” Elektry stosowanych w zwykłych przewozówkach, na dach Nys trafiał zestaw czechosłowackiej Tesli – duża lampa błyskowa i alarmowa syrena, której charakterystyczny, bardzo donośny dźwięk z nie do końca jasnego powodu wykorzystano w czołówce magazynu kryminalnego „997”, choć polskie radiowozy nigdy w Tesle nie były wyposażane (możliwość podłączenia mikrofonu w czechosłowackim urządzeniu świadczyła jednak o takiej możliwości). Przy lewym słupku dachowym umieszczano także szperacz, by w nocy łatwiej było można odszukać numer budynku. Inne dodatki to np. wywietrznik dachowy zaadoptowany z autobusów Jelcz oraz specjalna komora na koło zapasowe.

Znacznie większe różnice w stosunku do wersji przewozowej były we wewnętrzu pojazdu. W miejscu dodatkowego fotela za kierowcą pojawiła się szafka medyczna z gniazdami tlenowymi. Na niej stało tzw. sztuczne płuco, czyli urządzenie wspomagające oddychanie, a powyżej znajdowała się walizka z przenośnym EKG (w prezentowanej na zdjęciach karetce tego elementu jeszcze brakuje). Oprócz tego w aucie zawsze były butle z tlenem, tzw. ssak i inne mniejsze sprzęty medyczne. Najważniejszym elementem „erki” był jednak defibrylator, czyli urządzenie do przeprowadzania zabiegu defibrylacji serca (wznowienia jego pracy), czyli mówiąc ogólniej – reanimacji.

W niektórych „erkach” przedni fotel pasażera był obrotowy. Centralnym punktem deski rozdzielczej był sterownik Tesli oraz radiostacja do łączności z dyspozytorem. Innym ważnym dodatkiem było „webasto”, czyli dodatkowe, niezależne od silnika spalinowe ogrzewanie (produkcji NRD), które miało przeciwdziałać „przewiewności” niezbyt dobrze uszczelnionego nadwozia Nysy. Tak skonfigurowane karetki trafiały do kolumn sanitarnych w całej Polsce, a jeździła nimi medyczna elita, czyli najlepsi lekarze-ratownicy.

Problemem "królowej karetek" była duża masa i stabilność prowadzenia

W rozmowach z kierowcami, którzy w tamtych czasach jeździli „erkami”, przewija się kilka wątków. Podstawowym i najczęściej wymienianym problemem „królowej wśród karetek” była niestabilność auta podczas pokonywania zakrętów – miękkie zawieszenie Nysy i duża masa pojazdu (sama „erka” z wyposażeniem ważyła ok. 1800 kg) sprawiały, że nawet najlepszym zdarzało się „położyć” auto na bok, gdy trzeba było wykonać szybki, niespodziewany skręt. Druga kwestia to spora awaryjność. Ale wszyscy kierowcy, jak jeden mąż, najgorzej wspominają spędzone w Nysach zimy.

Ogrzewanie od silnika do tak dużej objętościowo kabiny było zupełnie niewydolne, a wspomniane wcześniej „enerdowskie” webasto awaryjne i niebezpieczne – często spaliny były zasysane do środka samochodu. Dlatego obowiązkowym wyposażeniem podczas srogiej zimy były ciepłe buty i... koce, którymi załoga okrywała sobie nogi. O ile w przypadku siedzącego po prawej stronie sanitariusza jesteśmy w stanie to sobie wyobrazić, o tyle w przypadku prowadzącego pojazd kierowcy musiało to wyglądać naprawdę ciekawie. Generalnie jazda Nysą obfitowała w różnego rodzaju przygody i wśród personelu pogotowia popularne było stwierdzenie, że jeśli pacjent przeżył podróż do szpitala, to chęć przeżycia była w nim tak wielka, że szanse na wyzdrowienie znacząco rosły.

Nysy w pogotowiu były używane do połowy lat 90. ubiegłego wieku

Przez wiele lat takie właśnie Nysy były podstawą ratownictwa. Użytkowano je do drugiej połowy lat 90., kiedy to pojawiły się nowocześniejsze karetki, zbudowane na autach produkcji zachodniej. Ale ostatnia „erka” zakończyła czynną służbę w oświęcimskim pogotowi dopiero w 2007 roku.

Dokładnie w tym samym czasie ze stanu posiadania Stołecznej Kolumny Transportu Sanitarnego skreślono egzemplarz ze zdjęć. Trudno w to uwierzyć, ale jeszcze 14 lat temu w garażach warszawskiego pogotowia stacjonowała Nysa! Co prawda, samochód był w tzw. rezerwie i przez kilka ostatnich lat w zasadzie nigdzie nie wyjeżdżał, ale teoretycznie mógł. „Erkę” zdegradowano do roli zwykłej przewozówki, by ostatecznie – przy porządkowaniu garażu – przekazać ją do Muzeum Ratownictwa w Krakowie.

Już wtedy auto było w bardzo złym stanie, a ponieważ muzeum dysponowało znacznie lepszą Nysą „erką”, warszawski samochód został odstawiony „na pole”. Kolejne lata to niestety postępująca degradacja i pozbawienie auta ostatnich wartościowych historycznie elementów, charakterystycznych dla tego typu pojazdów. W 2015 roku, w stanie agonalnym, auto trafiło do Roberta Brykały, kolekcjonera i założyciela muzeum Skarb Narodu w dawnej warszawskiej FSO. Jego pierwsza reakcja na widok stojącego w Krakowie wraku mogła być tylko jedna: nie ma sensu zawracać sobie nim głowy, trzeba wracać do domu. Ostatecznie, po chwili ochłonięcia, auto zapakowano na lawetę i „erka” wróciła do Warszawy.

Myśl o rozpoczęciu remontu auta dojrzewała w Robercie prawie dwa lata. Zakres prac związanych z odbudową blacharską samochodu nie był wcale największym wyzwaniem, bo kilka takich równie kompleksowych i zakończonych sukcesem projektów kolekcjoner miał już za sobą. Największe obawy związane były z koniecznością całkowitego odtworzenia wyposażenia medycznego „erki”. Przywieziony z Krakowa pojazd był zardzewiałą wydmuszka, za to z ciekawą historią. I z tego właśnie założyciel muzeum postanowił uczynić atut i ostatecznie zdecydował się na remont Nysy.

Renowacja karetki zajęła właścicielowi ponad 3 lata

Niestety, dotychczasowe metody pozyskiwania potrzebnych elementów okazały się niewystarczające – zdobycie błotnika to nie problem, a jedynie kwestia ceny. Ale stary polski defibrylator produkcji zakładów Farum? Gdzie szukać takich artefaktów? Konieczne były nowe kontakty. Z pomocą przyszedł Tadeusz Szumiński, właściciel innej wyremontowanej i w pełni wyposażonej Nysy „R”. Z jego pomocą udało się zdobyć m.in. pocięty szkielet szafki medycznej, lawetę pod nosze i kilka innych elementów.

Pierwszy etap remontu zakończył się jesienią 2019 roku. Nysa z zewnątrz była w zasadzie gotowa. W środku zrobiono tapicerkę, ale wciąż brakowało kilku detali, by móc odtworzyć wnętrze reanimacyjnego pojazdu. Jednymi z trudniejszych do zdobycia elementów okazały się niepozorne gniazda tlenowe. Reszta poszła gładko i w grudniu 2020 Nysa o własnych siłach ruszyła do garaży Stołecznej Kolumny Transportu Sanitarnego, czyli miejsca, gdzie przez 17 lat stacjonowała.

Po dojechaniu na warszawski Mokotów okazało się, że jeszcze bardzo wielu pracujących nadal w pogotowiu kierowców pamięta Nysy. Wielu z nich takimi jeździło i mimo ewidentnych mankamentów bardzo miło je wspominają. Oczywiście, z wyjątkiem wspomnianych wcześniej zim... Po wizycie „na starych śmieciach” Nysa pojechała na wystawę „Klasyki w FSO”, gdzie do wiosny, wraz z innymi oldtimerami, będzie czekała na rozpoczęcie sezonu 2021.