Ustalmy pewne fakty — dla większości kierowców samochód to tylko środek transportu, dlatego do procesu kupowania samochodu podchodzą, jakby kupowali lodówkę, stół czy telefon. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie sprzedawcy wykorzystujący ten fakt bez zawahania od dziesiątek lat. Przez to rynek samochodów używanych to jeden z najtrudniejszych rynków dla typowego Kowalskiego. Sam się o tym przekonałem, kiedy poszukiwałem samochodu dla kolegi, który chciał mieć ładne auto za dobre pieniądze. Typowy scenariusz większości kupujących, przez który niemal skończył ze złomem na podjeździe.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
- Przeczytaj także: Zgłosił pogiętą felgę, nie może sprzedać auta, bo w historii pojazdu świeci na czerwono "szkoda istotna"
Na początku raport po numerze VIN nie wykazał niczego złego. Jak to możliwe?
W momencie, gdy mój znajomy powiedział mi, że chce kupić nowy samochód, nie za bardzo miałem czas na poszukiwanie. Dlatego tylko szybko z nim porozmawiałem, on mi przesłał ogłoszenie auta, które mu się podobało i spytał mnie, czy to auto może być. Z braku czasu szybko przejrzałem ogłoszenie. Na zdjęciach auto wydawało się w porządku, opis krótki i zwięzły w stylu handlarskim, ale samochód zarejestrowany w Polsce, a sprzedający już w ogłoszeniu podał datę pierwszej rejestracji, nr VIN i numer rejestracyjny. Na pierwszy rzut oka było w porządku.
Przestrzegłem jednak kolegę, żeby sam kupił raport historii pojazdu i sprawdził auto na rządowej stronie historiapojazdu.gov.pl. Problemu nie było, kumpel poinformował mnie, że na początku nie mógł znaleźć historii, bo wyskakiwał błąd, ale w końcu mu się udało. I to już zwiastowało problem, ale go zignorowałem, myśląc, że być może kolega coś źle wpisał. Uznałem, że skoro ostatecznie wszystko się udało, a on nie zobaczył nic złego w raporcie, to można jechać po auto. Nie dawała mi jednak spokoju odległość — ok. 500 km w jedną stronę po auto, które mimo wszystko może okazać się niewarte zachodu. Szkoda czasu i pieniędzy.
Jak handlarze oszukują na numer VIN?
Sam więc wziąłem się za sprawdzenie historii auta, tak dla pewności. I trafiłem na dokładnie te same błędy, które wcześniej napotkał mój kolega. Po wpisaniu wszystkich danych na rządowej stronie, sprawdzającej auto, okazało się, że wpisane dane są błędne. Przeprowadziłem trzy próby, sprawdzając błędy w pisowni — wszystko było wpisane, jak w ogłoszeniu. Na tym etapie jeszcze brałem pod uwagę, że sprzedający popełnił błąd podczas przepisywania danych. Próbę oszustwa zrozumiałem, gdy kolega przesłał mi kupiony raport historii pojazdu po numerze VIN, podanym w ogłoszeniu...
Na stronie historiapojazdu.gov.pl okazało się, że informacje podane w ogłoszeniu są błędne. Później okazało się, że nie był to niewinny błądŹródło: historiapojazdu.gov.pl/zrzut ekranu
Po otwarciu rzeczywiście wszystko było pięknie. Auto miało w przeszłości jakąś szkodę, ale nic strasznego, rocznik i napęd się zgadzał. Żadnych większych problemów nie było, więc Seat Leon wydawał się naprawdę dobrą ofertą do momentu, gdy spojrzałem na historię — od początku w Polsce. Z kolei auto z ogłoszenia było sprowadzone, o czym wspomina sam sprzedający. To co najmniej dziwne.
Bliższe przyjrzenie się raportowi ujawniło, że numer VIN podany w ogłoszeniu należy do innego Seata Leona. Raport wskazał, że jest od auta w wersji kombi, z kolei model wystawiony na sprzedaż to hatchback. Następnie okazało się, że przebieg także nie jest do końca wiarygodny, bo w raporcie o 40 000 km mniejszy (101 tys. km pod koniec 2025 r.), niż w ogłoszeniu (140 tys. km w marcu 2026 r.). Coraz bliżej przyglądając się tym informacjom, okazywało się, że jest coraz więcej różnic.
- Przeczytaj także: Niemcy ostrzegają: w tych autach używanych najłatwiej trafić na przekręcony licznik
Co przedstawił raport po numerze rejestracyjnym?
Padła więc decyzja, by zweryfikować auto z ogłoszenia po numerze rejestracyjnym. Choć jest to opcja, która często jest mniej dokładna, niż po numerze VIN, to w tym wypadku lepiej było to sprawdzić, niż stracić cały dzień i pieniądze na niepewne auto. Drugi raport był już bardziej druzgocący.
Auto sprowadzone z Austrii, nadwozie Hatchback, a historia przebiegu wyglądała na bliższą prawdy. Do tego zarejestrowane dwie szkody w Austrii. Jedna niewielka, na 22 000 zł, ale druga na absurdalne 190 tys. zł. Była ona rzecz jasna była oderwana od rzeczywistości, bowiem wątpliwe, że samochód ten kiedykolwiek był tyle warty. Jednak już to, że tego typu szkoda jest w raporcie, mogło oznaczać, że auto uczestniczyło w większej kolizji.
Po tym raporcie postanowiliśmy jeszcze raz obejrzeć zdjęcia samochodu. Po dokładniejszej analizie zauważyliśmy, że rzeczywiście przerwy między elementami nie do końca się zgadzają, a pod maską jedna z czterech śrub, trzymających błotnik jest zardzewiała. Do tego, choć nie do końca widać oznaczenia na szybie czołowej, to jest ono po drugiej stronie, niż w przypadku szyby seryjnej, czyli była wymieniana. No cóż, zbyt dużo niewiadomych, żeby jechać po auto aż 500 km.
- Przeczytaj także: Zakup podwyższonego ryzyka, czyli rynek aut używanych w Polsce
Co mi się nie podobało w ogłoszeniu tego samochodu?
Ostatecznie więc samochód porzuciliśmy, choć nie mogę powiedzieć na 100 proc., że samochód nie był wart zakupu. Wcześniej jednak w mojej głowie zapaliło się zbyt wiele czerwonych lampek. Oto co wzbudziło podejrzenia:
- Auto miało niską cenę jak na rocznik, wyposażenie i wygląd (poniżej średniej).
- Opis był napisany w formie, w jakiej często piszą handlarze, mimo że ogłoszeniodawca wystawił się jako osoba prywatna.
- Mało zdjęć.
- Błędny numer VIN w ogłoszeniu, należący do innego samochodu, ale tego samego modelu z tego samego rocznika i z tym samym silnikiem, który wydawał się ciekawym egzemplarzem.
- Raport szkodowy po numerze rejestracyjnym wskazywał, że auto z ogłoszenia mogło być wcześniej mocno rozbite.
- Złe spasowanie elementów i zardzewiałe śruby pod maską widoczne już na zdjęciach, co wskazywało, że na żywo może być jeszcze gorzej.
Według jakich kryteriów szukamy samochodu używanego?
Na końcu spytałem kolegi, co tak naprawdę go zauroczyło w tym samochodzie na tyle, że zechciał po niego pojechać. Odpowiedź mnie nie zaskoczyła: ładne duże felgi i fajny lakier. Większość kupujących właśnie tak patrzy na samochody używane, bezgranicznie ufając sprzedającemu. Tymczasem często pod ładną skorupą jest samochód po przygodach, które zazwyczaj były naprawiane po kosztach i niezgodnie ze sztuką.
Handlarze cały czas znajdują nowe sposoby, by te złomy sprzedawać. Później nabywca zostaje z problemem, a przecież od zakupionego egzemplarza zależy nasze bezpieczeństwo i komfort. Samochód to nie lodówka czy laptop. Ostrożność jest więc wskazana i jak widać, samo wykupienie raportu nie wystarczy. Trzeba go jeszcze dokładnie czytać i nie kończyć na tym weryfikacji egzemplarza.