• W ogłoszeniu „bezwypadkowy”, w rzeczywistości – po dużym dzwonie
  • Sprzedający mówi, że malowano jedynie przedni błotnik
  • Przebieg? Poniżej 200 tys. km, na dodatek raczej... prawdziwy

Dziś, w dobie internetu i szybkiego przepływu informacji, sprzedawcy używanych samochodów nie mają łatwo. Jak klient się uprze i wykaże pewną dozą cierpliwości, to zazwyczaj w jakimś stopniu prześledzi historię danego samochodu. Czasem tylko ogólnie, czasem bardziej szczegółowo, ale najczęściej jest tak, że coś jednak ustalić się da. My na przykład dostaliśmy cynk, że w pewnym dużym mieście na południowym Mazowszu zostało wystawione Volvo S60 po dość konkretnym „dzwonie”, ale opisane jako bezwypadkowe. Wystarczy skorzystać z jednej z ogólnodostępnych internetowych baz danych, wklepać VIN, przelać kilkanaście złotych i... gotowe. Owszem, czasem w danej bazie na temat danego auta wiele nie ma, czasem informacje zawierają błędy – nie zostaje nam więc nic innego, jak wybrać się na miejsce.

Śledztwo – tradycyjnie – zaczynamy od telefonu do sprzedawcy. Choć podaje się on za osobę prywatną, to jednak lokalizacja każe zachować czujność, bo w promieniu kilkuset metrów od podanego adresu znajduje się co najmniej kilka komisów. A w całym mieście jest ich zatrzęsienie, inne słynne miejsce to tutejszy... port lotniczy. „Czy ogłoszenie aktualne?” – zagajamy. Znany chwyt, pozwalający niekiedy odróżnić handlarza od prawdziwej osoby prywatnej. „Ale jakie?” – głos po drugiej stronie lekko się waha. „No, Volvo” – podpowiadamy. „Aaaa, tak, tak, aktualne” – poprawia się sprzedawca. Czyżby więc handlarz? Nie ma dużo czasu na zastanawianie się, bo osoba po drugiej stronie, domyślając się najwyraźniej, co krąży nam po głowach, spieszy z wyjaśnieniem, że handlarzem, broń Boże, nie jest: „Tu wszyscy handlują, ale ja nie. To mój prywatny samochód jeżdżę nim od roku. Czy był bity? Nie, jest bezwypadkowy, tam chyba jeden błotnik był wymieniany”. Cóż, wierzymy na słowo, ustalamy adres i jedziemy.

W teorii oferta jest atrakcyjna. Cena nie należy do niskich (45 900 zł), ale takie są prawa rynku. Bezwypadkowy samochód segmentu premium, na dodatek z polskiego salonu i z prawie pełnym wyposażeniem oraz udokumentowanym przebiegiem poniżej 200 tys. km, nie może być tani. Docieramy na miejsce i choć pogoda nie rozpieszcza, dziarsko zabieramy się do oględzin. Z naszych informacji wynika, że samochód miał poważną kolizję przodem, na dodatek wystrzeliły prawie wszystkie przednie poduszki powietrzne. Zaczynamy więc od wnętrza – poza poniszczonym fotelem kierowcy nie jest źle. Auto wygląda świeżo, ale na pierwszy rzut oka śladów demontażu kokpitu nie widać. Ciekawe, czy poduszki są na miejscu, czy jednak podczas naprawy ktoś o nich „zapomniał”? Na desce pali się co prawda pomarańczowa ikonka ostrzegawcza, ale dotyczy ona przeciągniętego terminu przeglądu. „A, bo nie skasowałem, nawet patrzyłem w internecie, jak to się robi, ale w końcu mi się nie udało”.

Zdradzają go detale

Otwieramy maskę, notabene dość kiepsko spasowaną. Nierówna krawędź razi zwłaszcza po stronie kierowcy, poza tym silnik jest zakurzony, ale ładnie i równo pracuje. Tu jednak zaczyna być powoli widać, że „nasi już tu byli”: chłodnice są dość świeże i na pewno nie wyglądają na 190 tys. km, jeden z reflektorów pochodzi z 2016 r. (auto jest z 2010 r., wg bazy danych szkoda na 30-50 tys. zł miała miejsce w 2016 r. – przypadek?), tu coś odstaje, tam nie pasuje listewka. Wyjmujemy miernik lakieru i zaczynamy badać stan powłoki. Zgodnie z deklaracjami sprzedawcy, lewy przedni błotnik nosi wyraźne ślady naprawy, miejscami trafiamy na szpachlę. Trochę to dziwne – czyżby przy takich zniszczeniach nie wstawiono jednak nowego, tylko ratowano stary? Dowód na naprawę po kosztach?

Dobra wiadomość jest taka, że podczas kolizji uszkodzeniu raczej nie uległa żadna z podłużnic – uderzenie poszło górą, tak jakby Volvo wjechało np. pod naczepę tira. Obie wyglądają na fabryczne, i to na pewno plus, bo samochodu, w którym ktoś grzebał przy podłużnicach na pewno byście nie chcieli. Ogólnie trzeba przyznać, że choć naprawa nie była zbyt sumienna, to laik – mając w głowie pozostałe atuty auta – może dać się łatwo oszukać, że naprawdę ma do czynienia z bezwypadkowym pojazdem. 

Dla formalności zaliczamy też jazdę próbną. Auto jest w miarę ciche, choć wyraźnie huczy któraś z tylnych opon. Skrzynia – jak na tę konstrukcję (Aisin Warner) – sprawnie i szybko przełącza. „Trzeba będzie niedługo wymienić w niej olej, za to rozrząd już zrobiony” – chwali sprzedający. Poza tym pokazuje stemplowaną prawie wyłącznie w Volvo książkę serwisową, przynajmniej częściowo potwierdzającą przebieg. No właśnie, sprzedający: nie wie, czym handluje, i sam został wprowadzony w błąd, czy po prostu „delikatnie” ubarwia rzeczywistość?