Kto sprzedał samochód zepsuty albo nie do końca taki, jak obiecywał, może spodziewać się kłopotów: wezwań do zapłaty, a nawet rozwiązania umowy i poniesienia dodatkowych kosztów. Kłopoty mają i nieuczciwi handlarze, i osoby prywatne sprzedające swoje samochody. Tak jak Andrzej, handlarz spod Radomia sprzedający używane samochody sprowadzane z Niemiec, który "pogonił" niemłode już Audi A3 z silnikiem Diesla.
Audi, jak wiele samochodów, którymi obracał Andrzej, miało sporo na sumieniu: licznik dla pewności cofnięto w nim jeszcze w Niemczech, żeby w Polsce nie ryzykować, a samochód przyjechał na lawecie, bo był stuknięty przodem i tyłem. Audi nie bardzo mocno nawet było stuknięte, ale poduszki wystrzeliły.
Samochód nie był idealny, klientka wróciła z pretensjami
Gdy tylko autko zostało "ogarnięte" (udało się nawet dobrać oryginalne części od innych samochodów), zostało wystawione do sprzedaży jako idealne. Andrzej przysięga, że treść ogłoszenia to w żadnym wypadku nie było zamierzone oszustwo, po prostu – tak jak wielu jego kolegów handlarzy – stosuje on metodę kopiuj-wklej. Czyli jeden opis samochodu w samych superlatywach – że ekonomiczny, niezawodny, świetnie utrzymany, piękny, nic nie puka, nic nie stuka i nie wymaga wkładu finansowego – wkleja do każdego ogłoszenia, zmieniając tylko parametry auta.
Pani, która kupiła niebieskie Audi, uwierzyła we wszystko i postąpiła z grubsza tak, jak czyni wielu: najpierw kupiła samochód i zabrała go z placu, a potem pojechała do autoryzowanej stacji obsługi na oględziny. A tam okazało się, że reflektory są od innego samochodu, podobnie jak deska rozdzielcza, w sterowniku są ślady po kolizjach, a poduszki powietrzne są, bo są, ale raczej w razie wypadku nie zadziałają ponownie. Samochód był powypadkowy i naprawiony najniższym możliwym kosztem.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Klientka, która przyszła do sprzedawcy z reklamacją, odbiła się od ściany: sprzedawca Andrzej twierdził, że w tym samochodzie niczego nie robił, o niczym nie wiedział, sprzedał go w dobrej wierze. Zazwyczaj działa metoda na przeczekanie, ale nie tym razem. Pani postawiła samochód na parkingu i po serii pogróżek, że sprawa trafi do sądu, w końcu złożyła pozew. Sprawa trwała dwa lata, ale poszło zupełnie nie tak, jak Andrzej zakładał – nie "rozeszło się po kościach". Samochód, teraz już starszy o dwa lata i w kiepskim stanie po długim postoju (wyszła też korozja po naprawie) wróciło do handlarza. Za auto wziął niecałe 70 tys. zł, do zapłaty miał ponad 100 tys. zł. Sąd zasądził odsetki, pokrycie kosztów procesu, prawnika i wszystkich wydatków, jakie poniosła klientka. Słabo wyszło.
Prywatny sprzedawca także odpowiada za wady samochodu i też na podstawie rękojmi
Nieduży purchel rdzy widoczny z zewnątrz najczęściej okazuje się sporym problemem – wewnątrz korozja jest bardziej zaawansowanaAuto Świat
Bardzo często samochody należące do handlarzy, które są w stanie — delikatnie mówiąc — nieidealnym, sprzedają osoby prywatne na umowę kupna-sprzedaży, pełniąc rolę swego rodzaju słupów. Panuje wciąż przekonanie, że rękojmia działa tylko w sytuacji, gdy samochód sprzedaje firma, a gdy sprzedaje osoba prywatna na umowę, to nic jej nie grozi. Nic bardziej błędnego, o czym sprzedający przekonują się coraz częściej.
Pan Łukasz, który sprzedał za niecałe 4000 zł bardzo wiekowego Peugeota 307 najadł się strachu, ponieważ kupujący wrócił do niego po trzech miesiącach. Wrócił z żądaniem "podzielenia się" kosztami naprawy blacharskiej. Okazało się, że lekka korozja na krawędziach tylnych błotników, to nie jest wcale drobna rzecz. Gdy blacharz zaczął rozbierać samochód, okazało się, że do zrobienia jest całkiem dużo, a koszt naprawy jest niewiele mniejszy od wartości samochodu.
Pan Łukasz miał jednak czyste sumienie – niczego nie ukrywał, a na zdjęciach zamieszczonych w ogłoszeniu znalazły się nawet zbliżenia na "ślady rdzy" na błotniku. Po analizie ogłoszenia zrobionej wspólnie z prawnikiem pan Łukasz doszedł do wniosku, że niczego nie "podkolorował" na tyle, aby bać się sądu. Poprosił nowego właściciela Peugeota, aby swoje oczekiwania zawarł na piśmie, prawnik napisał mu odpowiedź – i najwyraźniej to wystarczyło. Kupujący prawdopodobnie ocenił swoje szanse, ale też niewielka wartość auta mogła zadziałać zniechęcająco do batalii sądowej. Często jednak podobne sprawy — gdy samochód zepsuje się tuż po kupnie albo gdy okaże się, że nie jest w takim stanie, jakiego oczekiwał kupujący — kończą się bardzo nieprzyjemnie dla sprzedających. Rękojmia za wady towaru to bat nie tylko na profesjonalnych handlarzy, lecz także na prywatnych właścicieli sprzedających swoje samochody. Ale – to trzeba powiedzieć wyraźnie – najczęściej sami są sobie winni.
Na czym polega rękojmia za wady i jak się ma do używanych samochodów?
Rękojmia, najogólniej rzecz ujmując, polega na tym, że sprzedawca odpowiada przed kupującym za wady fizyczne i prawne sprzedanej rzeczy – w naszym przypadku samochodu. Owszem, ma znaczenie, czy samochód jest nowy czy używany, ale mniejsze, niż się może wydawać.
Co do wad prawnych, to łatwo się domyślić: jeśli samochód jest kradziony, ma współwłaściciela, o którym nie było mowy, jest przedmiotem zastawu albo z jakichś względów nie może być zarejestrowany, jeśli jego licznik jest cofnięty, to ma wadę prawną – chyba, że o wszystkim kupujący wiedział, wtedy nie ma mowy o wadzie, a w każdym razie nie ma mowy o wadzie w kontekście rękojmi.
Nieco bardziej skomplikowana jest sytuacja w kwestii wad fizycznych, które dotyczą stanu technicznego samochodu. Tak, rękojmia za wady fizyczne dotyczy także używanych samochodów, co czasem oznacza, że poważna albo kosztowna w naprawie usterka jest wadą, a czasem nie jest.
Kiedy usterka samochodu jest wadą fizyczną i podlega rękojmi?
Samochód jest wadliwy, jeśli jest niezgodny z umową – czyli jest nie taki, jaki miał być albo nie taki, jak – myśląc zdroworozsądkowo – można było się domyślać, że będzie.
Jeśli zatem sprzedawca zapewniał, że samochód jest w stanie idealnym, to ma być w stanie idealnym.
Jeśli sprzedawca zapewnił w ogłoszeniu – a tak napisanych ogłoszeń krąży na portalach ogłoszeniowych tysiące – że samochód "nie wymaga wkładu finansowego" (to naprawdę popularny zwrot), to jeśli nowy właściciel, już po kupnie samochodu pojedzie do warsztatu i dowie się, że musi zainwestować znaczną sumę w różne naprawy, to może mieć do sprzedawcy uzasadnione pretensje.
Mało tego: samochód ma wadę, jeśli — w pewnych sytuacjach — jest nie taki, jak oczekiwał kupujący. Przepis brzmi:
W szczególności rzecz sprzedana jest niezgodna z umową, jeżeli nie nadaje się do celu, o którym kupujący poinformował sprzedawcę przy zawarciu umowy, a sprzedawca nie zgłosił zastrzeżenia co do takiego jej przeznaczenia;
Jeśli więc przykładowo klient przyszedł do komisu i oświadczył, że potrzebuje samochodu do ciągania ciężkich przyczep i podoba mu się konkretny egzemplarz, a sprzedawca mu ten samochód sprzeda, nie uprzedzając, że on nie nadaje się do ciągania przyczep, to odpowiada za to "niedopowiedzenie".
Najczęściej jednak występujący problem dotyczy sytuacji, gdy stan samochodu jest inny, niż miał być.
Samochód zepsuł się tuż po kupnie. To podlega rękojmi?
Pan Janusz kupił od prywatnej osoby używanego Land Rovera, w którym po przejechaniu niecałych 2 tys. km rozsypał się silnik — do tego stopnia, że koszt naprawy wyniósł blisko 40 tys. zł. Wrócił więc do sprzedawcy i zaproponował udział w kosztach naprawy — pół na pół, grożąc, że jeśli ten się nie zgodzi, będzie domagał się pokrycia całości kosztów.
W takiej sytuacji przepisy należy interpretować w ten sposób, że jeśli w chwili sprzedaży w silniku była usterka, która prędzej czy później musiała doprowadzić do zniszczenia silnika, to sprzedawca — bez względu na to, czy wiedział o problemie, czy też nie — ponosi odpowiedzialność.
Ale rękojmia to nie gwarancja, więc jeśli w chwili sprzedaży silnik był we wzorowym stanie, a potem coś się wydarzyło, to sprzedawca za tę usterkę nie odpowiada. I tu pojawia się jedna z istotnych różnic pomiędzy rękojmią, jakiej udziela przy sprzedaży firma osobie fizycznej (która w takiej sytuacji określana jest jako "konsument"), a jaką udziela osoba fizyczna innej osobie fizycznej.
Jeżeli kupującym jest konsument, a wada fizyczna została stwierdzona przed upływem roku od dnia wydania rzeczy sprzedanej, domniemywa się, że wada lub jej przyczyna istniała w chwili przejścia niebezpieczeństwa na kupującego.
A zatem jeśli kupiliśmy samochód w komisie, to po złożeniu reklamacji to komis musi udowodnić, że wady w chwili sprzedaży nie było, a jeśli nie może tego zrobić, przyjmuje się, że była.
Jeśli problem dotyczy umowy pomiędzy osobami fizycznymi, to kupujący musi udowadniać, że wada istniała wcześniej.
W przypadku Land Rovera pana Janusza samochód był serwisowany, poprzedni właściciel jeździł do ASO i mógł to udowodnić, silnik nigdy wcześniej nie był rozbierany i w chwili sprzedaży nie zdradzał objawów usterki. Sprzedawca odmówił partycypacji w kosztach naprawy, pan Janusz nic nie wskórał – "pękło, bo pękło".
Samochód kupiony na fakturę albo na umowę od innej osoby fizycznej – jakie są różnice w rękojmi?
Jedną z ważniejszych różnic jest to, że — gdy transakcję zawierają osoby fizyczne — mogą się dogadać, że rękojmia nie obowiązuje albo pewnych rzeczy nie dotyczy, mogą też dowolnie skrócić czas trwania rękojmi, choćby do kilku dni. Gdy kupującym jest konsument (czyli osoba prywatna, która kupuje od firmy samochód na fakturę, rękojmię też można skrócić, ale nie bardziej niż do roku).
Tego nie rób, jeśli nie chcesz mieć kłopotów i wracającego klienta
- Żadna wada samochodu nie jest wadą w kontekście rękojmi, jeśli kupujący o niej wiedział przed podpisaniem umowy. Nie ma znaczenia, czy został poinformowany, czy sam ją zauważył.
- Żadne wyłączenie rękojmi zawarte w umowie nie działa, jeśli sprzedający zataił jakąś wadę, o której wiedział.
- Wada, która ujawniła się już po zawarciu umowy, pozostaje wadą, bez względu na to, czy sprzedający o niej wiedział, czy też nie.
- Wyłączenie rękojmi nie działa w sytuacji, gdy sprzedawca zapewniał kupującego o braku wad samochodu – nawet jeśli o nich nie wiedział.
Te proste sposoby "rozbrajają" rękojmię (choć nie zawsze całkowicie):
- Chcąc uniknąć kłopotów, nigdy nie pisz w ogłoszeniach, że oferowany samochód jest idealny.
- Nigdy nie zapewniaj kupującego, że samochód nie wymaga żadnych nakładów finansowych – w przypadku używanych aut zawsze coś się znajdzie do naprawy.
- Jeśli jako osoba fizyczna sprzedajesz samochód innej osobie fizycznej, w twoim interesie jest, aby w umowie znalazł się zapis: "strony postanowiły, że przepisy dotyczące rękojmi za wady nie dotyczą mniejszej umowy" – lub coś o podobnym znaczeniu. Zwyczajowo stosowany zapis "kupujący zapoznał się ze stanem auta przed zawarciem umowy" nie wyłącza rękojmi – nie działa.
- W interesie sprzedającego jest zawrzeć informacje o wadach w umowie – nawet jeśli są te wady wyolbrzymione. Przykładowo, sprzedając stary, zabytkowy samochód z plamką korozji na jednym z błotników, warto napisać w umowie, że "samochód będący przedmiotem umowy wymaga napraw blacharsko-lakierniczych". W takim wypadku, jeśli później okaże się, że problem jest bardziej roz lległy niż początkowo się wydawało (a to przecież prawdopodobne), kupujący nie będzie mógł oczekiwać zadośćuczynienia.
Czego może oczekiwać oszukany, albo zawiedziony klient korzystający z rękojmi?
Rękojmia to nie gwarancja i — jeśli nie próbujemy zataić jakichś wad samochodu, nie naciągamy rzeczywistości, nie obiecujemy czegoś, co nie istnieje — nie musimy się obawiać. Jeśli jednak postąpimy nieuczciwie lub nierozważnie, a zwłaszcza gdy zostawimy tego ślady (np. w ogłoszeniu), kupujący ma prawo:
- do obniżenia ceny — choćby nawet rok po kupnie samochodu;
- do żądania naprawy samochodu;
- do rozwiązania umowy; wtedy kupujący zwraca samochód, a sprzedający oddaje pieniądze, które dostał od kupującego, ale też ma obowiązek zwrócić kupującemu wszelkie poniesione koszty;
- gdy dojdzie do korzystnego dla kupującego rozstrzygnięcia sądowego, z reguły sprzedający musi zapłacić także odsetki za zwłokę oraz ponieść koszty procesu, co nierzadko oznacza, że musi zwrócić kwotę zdecydowanie wyższą od tej, którą pierwotnie otrzymał za samochód.