Gdy na arenie pojawiał się byk rasy gallardo, mocne wrażenia zawsze były zapewnione. Tylko zaprawieni w boju toreadorzy mogli z powodzeniem walczyć z tą bestią. Na szczęście nie musimy już uczestniczyć w krwawej korridzie, żeby zmierzyć się z gallardo, bo od 2003 roku pojawił się zupełnie inny członek tej rasy – Lamborghini.

Pewne jest natomiast to, że skojarzenia z prawdziwym bykiem, którego miano z hiszpańskiego można przetłumaczyć jako dzielny, są jak najbardziej na miejscu. Przecież płaska, klinowa sylwetka, ogromne dyfuzory i duży podwójny wydech wyrażają potężną moc, która tkwi w dziesięciocylindrowej, 520-konnej widlastej jednostce.

Zanim jednak pobudzimy tę siłę do życia, trzeba się dostać do wnętrza, a to wymaga nie lada sprawności. Nisko poprowadzona linia dachu plus szeroki próg sprawiają, że do zajęcia miejsca przydałaby się… łyżka do butów. Jednak gdy wreszcie siedzimy w fantastycznie ukształtowanych fotelach, czujemy się bardzo pewnie, bo już wiemy, że szczelnie przylegające boki zapobiegną nawet najmniejszym przechyłom ciała podczas dynamicznego pokonywania zakrętów.

Kolejny akt przedstawienia rozpoczyna się, gdy uruchamiamy silnik. Do naszych uszu dobiega miarowe jęczenie dziesięciu cylindrów, które aż rwą się do dalszego działania. Zatem nie powstrzymujemy ich dłużej, prawa noga w podłogę i auto rusza z impetem niczym rozjuszony byk w kierunku machającego kapą Manolo (dla młodszego pokolenia, które czyta bryki zamiast lektur – Manolo to bohater opowiadania „Niepokonany” Ernesta Hemingwaya).

Teraz ciszę rozdziera przeraźliwy wrzask wchodzącego na wysokie obroty silnika. Rozpędzanie trwa nadal, a co rusz towarzyszy mu solidne szarpnięcie, odczuwane niczym cios zadany przez rogi byka. Tymczasem takie zjawisko występuje po prostu po każdym włączeniu biegu. I to niezależnie od tego, który tryb działania mechanizmu wybierzemy – automatyczny czy manualny.

Zwiększanie prędkości odbywa się niezwykle stabilnie. Gallardo „wczepia się” pewnie w nawierzchnię wszystkimi czterema kopytami, ups, przepraszam, kołami i nie traci stabilności nawet w trakcie bardzo szybkiej jazdy. Dojeżdżamy do zakrętu, wciskamy mocno pedał hamulca, skrzynia redukuje biegi, gwałtowny skręt kierownicy i samochód perfekcyjnie wpisuje się w łuk bez najmniejszego uśliz- gu. Ma się wrażenie, jakby Lamborghini pokonało prawa fizyki. Takie zachowanie na zakrętach to nie tylko zasługa sztywnego niczym deska zawieszenia, lecz także nowych opon Continentala.

W trakcie jazdy poza torem twarde nastawy układu jezdnego obniżają komfort podróżowania, ale kto by się tym przejmował... Uważać trzeba tylko podczas najeżdżania na krawężniki, bo można uszkodzić spoiler. Na szczęście producent wziął to pod uwagę i auto ma regulację prześwitu z przodu.

W trakcie jazdy po drogach w Polsce ujawnia się jeszcze jedna niedogodność spowodowana tym, że Gallardo jest u nas egzotycznym pojazdem. Na trasie inni kierowcy wyprzedzają, zwalniają, oglądają auto z każdej możliwej strony, a nawet podczas prowadzenia robią zdjęcia!

Koniec testu, trzeba wygramolić się z auta – przydałby się korkociąg, żeby nas ktoś wyciągnął. Ale nie narzekamy na te drobne niedogodności, bo są one wpisane w charakter Gallardo.