Chce ci się “użerać” z tyloma starymi autami naraz?

Dzisiejsze samochody przez dużą ilość elektroniki zatraciły dawny charakter i nie pasowałyby do projektu. Poza tym on wziął się tak naprawdę z samego auta, ale o tym opowiem ci za chwilę. Postawiłem na klasyki związane z prawdziwym DNA marki BMW – radością z jazdy. Model 2002 jest zgrabny, niewiele waży i ma napęd na tył. O ile nie jest to ta najsłabsza, 100-konna wersja, daje ogromną frajdę z prowadzenia.

Największą pewnie na zakrętach?

To nie jest auto stworzone do tego, żeby grzać na prostym odcinku, “ile fabryka dała”. Przypomniałem sobie o tym, kiedy byliśmy na Warmii i musiałem “przepalić” gościom jeden samochód. Przejechałem pięć serpentyn, skupiając się tylko na wchodzeniu w zakręty i szybkiej zmianie biegów. Kiedy znasz już ten samochód i wiesz, jak może się zachować, będziesz mieć niezwykłą frajdę z jazdy nim.

To jedyny powód takiego wyboru?

Drugim jest prostota konstrukcji. Na kilkadziesiąt wypraw miałem tylko dwie trudne sytuacje i jedną, która rzeczywiście uniemożliwiła dalszą jazdę. Pękł wysprzęglik i konieczna była spawarka. Naturalnie nie wożę jej ze sobą w bagażniku, więc miałem kłopot [śmiech]. Uratowali mnie okoliczni mieszkańcy. Spawarka jest w prawie każdym gospodarstwie.

Kawalkada BMW 2002 w trakcie jednej z wypraw DriveStory Foto: Archiwum prywatne
Kawalkada BMW 2002 w trakcie jednej z wypraw DriveStory

Kiedy kupiłeś pierwsze BMW z kolekcji?

Jakieś 8-9 lat temu. To samochód, od którego dla monachijskiej marki znowu zaczęły się dobre lata. W typologii ma nawet drugą nazwę – Neue Klasse – co oznaczało, że jest na wskroś nowoczesny na tle innych produkowanych wówczas pojazdów. No bo spójrz, co my mieliśmy pod koniec lat 60. Warszawę! Kupiłem BMW 2002, choć od zawsze marzyłem o Volkswagenie Karmannie. Przestałem, kiedy się nim przejechałem i okazało się, że w ogóle nie daje radości z jazdy. Ale czego się spodziewać po konstrukcji na bazie Garbusa i tak małej mocy?

Zostałeś wtedy naczelnym fanem BMW?

Niezupełnie. Kocham mnóstwo samochodów... Uwielbiam Jaguara E-Type i wolę go w wersji coupé niż cabrio. Uwielbiam Alfę Romeo GTV z końca lat 90. za proporcje i za design tylnej lampy. Uwielbiam Mercedesa W123 Coupé za to, że nie ma środkowego słupka i za wysmuklona linię boczną. Nie każdy dostrzega różnicę względem auta taksówkarza, ale ja to zauważam. Co jeszcze? Krótkiego Defendera! Ale w BMW 2002 zakochałem się z powodu proporcji i formy. Jestem trochę zboczony na tym punkcie przez mój zawód [śmiech].

Nie od początku chciałeś dzielić się swoją miłością z innymi.

Tak, kiedy kupowałem ten samochód, wydawało mi się, że będę nim podróżować w wyjątkowych dla mnie momentach. Wiesz, celebrując daną chwilę albo jakieś wydarzenie. Wyobrażałem sobie, jak jadę nim do mojego biura architektonicznego spotkać się z ważnym klientem i podpisać z nim umowę. Gówno prawda.

Nie wyszło?

Nie miało prawa, bo kiedy jadę na takie spotkanie, to umowa jeszcze się drukuje, ja jestem w rozsypce i muszę wszystko robić bardzo szybko. To zagmatwany proces, dlatego przez pierwsze 2 lata po zakupie samochód na specjalne momenty najczęściej stał po prostu zakurzony w garażu.

Co w końcu pozwoliło mu wyjechać?

Mam córkę, Nelkę, która miała wtedy jakieś 2 lata. Równocześnie rozwijała mi się firma i zaczął mi się kurczyć czas, a chciałem robić jeszcze wiele innych rzeczy związanych z moimi zainteresowaniami. I wtedy wpadłem na pomysł, żeby każdy coś miał z mojego starego auta. Wymyśliłem, że będę zabierać nim córkę na weekendowe wyjazdy po Polsce. Za każdym razem wybieraliśmy nietypowe gospodarstwa, np. słynące z tego, że robią miody w tradycyjny sposób i mają łóżka, pod którymi są ule. Dzięki temu człowiek bardzo szybko wchodzi w fazę REM. Dzwoniłem do ludzi, przedstawiałem się i składałem bardzo nietypową ofertę.

DriveStory narodziło się jako pamiętnik ojca i córki w podróży Foto: Archiwum prywatne
DriveStory narodziło się jako pamiętnik ojca i córki w podróży

Niech zgadnę – kluczyki za nocleg?

Mówiłem, że mam córkę, której chciałbym pokazywać świat i ciekawych ludzi, takich jak oni, a w zamian za przenocowanie nas udostępnię im mój samochód. Warunkiem dla mnie było jeszcze wspólne zjedzenie kolacji. Z początku gospodarze reagowali na zasadzie: “Czekaj, co?”, ale potem dochodzili do wniosku, że brzmi to fajnie. Zawsze jeździliśmy poza sezonem, żeby nie zabierać im zarobku z pokoi.

I jak wyglądały te wyjazdy?

Oni jeździli sobie po okolicy moim autem, odbywając sentymentalną podróż po swoich ścieżkach z lat młodzieńczych, a ja z Nelką poznawaliśmy gospodarstwo. Wieczorem siadaliśmy do kolacji i wymienialiśmy się wrażeniami. My opowiadaliśmy, jak nam się u nich podoba, a oni o trasach, którymi jeździli, i historiach z nimi związanych. Robiłem sobie wtedy notatki i następnego dnia wracałem tymi drogami do domu. Wymyśliłem sposób, żeby zadowolić wszystkich. Mnie, bo mogłem wreszcie korzystać z samochodu i spędzać czas z rozwijającą się córką. Nelkę, bo miała wycieczki z ojcem i poznawała świat. Gospodarzy, bo odrywali się od swoich zajęć i wracali do czasów narzeczeństwa. Po kilku latach okazało się, że mam relacje z niesamowitymi ludźmi w całej Polsce i mapę z zaznaczonymi miejscami i drogami, do których nie ma łatwego dostępu.

A kiedy tych aut i uczestników wypraw zrobiło się więcej?

W międzyczasie mój samochód trzeba było trochę naprawiać. Z racji jego wieku pozyskiwanie części wygląda trochę jak w PRL-u – jak się dowiesz, że ktoś coś ma, to kupujesz to i trzymasz w garażu na później. Raz trafiłem do faceta, który miał u siebie takie BMW rozłożone na kawałeczki. Chciał, żebym to zabrał, ale nie bardzo wiedziałem, gdzie to wszystko przechować. Powiedział w końcu, że odda mi to wszystko za 800 zł, bylebym tylko zabrał to w cholerę. Uległem, przywiozłem graty do mechanika i usłyszałem: “Słuchaj, przecież tu są ze dwa samochody. Złożymy je!”. Jak mieliśmy już gotowe 2,5 samochodu, uznałem, że to jest dla mnie super świat, w którym poznaję fantastycznych ludzi, jeżdżę ciekawymi drogami i po prostu chcę tego robić więcej.

I tak właśnie powstało DriveStory?

Wymyśliłem, że stworzę pierwszy taki projekt w Polsce i będę konsekwentny, jeśli chodzi o model samochodu. Mam zapas części i wykwalifikowanego mechanika specjalizującego się w BMW 2002. Auta różnią się tylko konfiguracją. Pomyślałem, że będę zabierać nimi ludzi w niezwykłe miejsca, które trudno znaleźć i w których trudno dostać terminy. Miejsca, gdzie pośrodku lasu jest naturalne SPA, śpi się w wielkich tipi, domku na wodzie czy pośród koron drzew. Do tego na każdym z wyjazdów zadbam o gastronomię, będziemy jeść naturalne i lokalne produkty. Uwielbiam takie życie.

Na wyjazdach ważne są nie tylko samochody. W końcu to "gastrowyprawy" Foto: Archiwum prywatne
Na wyjazdach ważne są nie tylko samochody. W końcu to "gastrowyprawy"

Innymi słowy, życie w duchu slow!

To ucieczka od codzienności, w której muszę być bardzo dokładny i czuję dużą presję. Wykonuję projekty architektoniczne, które muszą być idealne co do milimetra. Moje formy są często minimalistyczne i nowoczesne, a to wiąże się z tym, że nie można przeoczyć żadnego szczegółu. Do tego potem muszę dopilnować wszystkiego na budowie. DriveStory to dla mnie odskocznia, dzięki której odzyskuję równowagę. Prowadzę samochód w japonkach albo w ogóle boso. Pozwalam sobie na luz. Moje samochody też nie są idealnie odrestaurowanymi unikatami w stanie salonowym. Mają delikatne skazy, które naniósł na nie czas.

Czyli to garażowane, ale nie “wychuchane” klasyki?

Są zadbane, ale staram się zachować ich oryginalność, np. pozostawiając lekko przetartą starą tapicerkę, zamiast zamawiać nową skórę. To jest ciekawe, bo w każdym z tych samochodów pachnie inaczej! Każdy ma jakieś swoje własne cechy, jak np. świszczącą uszczelkę przy niedomkniętej szybie. W innym egzemplarzu trzeba mocniej wbić dwójkę, żeby nie wyskoczyła. Zauważyłem, że ta nieidealność pozwala uczestnikom bardziej się wyluzować. Zwykle mówią mi podczas drugiej kolacji, że są zaskoczeni, że mogli się tak odprężyć, bo na początku bali się, że uszkodzą auta.

Musisz coś dokładać do tego interesu?

Nie. W tej chwili jest tak, że projekt się zeruje. Samochody zarabiają na siebie, więc nie muszę dokładać do ich utrzymania, ale to nie jest moja działalność zarobkowa. To dla mnie sposób na emeryturę, bo dzięki DriveStory poznaję ludzi, z którymi chcę się zestarzeć.

Jaki trzeba uzbierać budżet, żeby wziąć udział w takiej wyprawie?

Cena za osobę to 2,5 tys. zł za 3-dniowy wyjazd. W tej kwocie zawarty jest już zatankowany samochód, wszystkie posiłki i wyjątkowe noclegi. Na każdym z wyjazdów mamy szefa kuchni, który układa menu z 5-6 daniami degustacyjnymi. Staram się też, żeby jeden dzień z wyprawy był taki bardziej... wiejski. Nie jemy tu “fancy food”.

Ile osób zabierasz na jedną wyprawę?

W każdym aucie są dwa miejsca i zwykle jeździmy w 5-6 samochodów. Sumarycznie mam osiem “beemek”, ale część z nich jeszcze się robi. Przed wyjazdem zadaję ludziom kilka pytań związanych z muzyką i wspomnieniami kulinarnymi z dzieciństwa, żeby sprawdzić, czy znajdziemy wspólny język. Ogłoszeń z następnymi wyprawami najlepiej szukać w wydarzeniach na Facebooku, bo tam publikuję terminy.

Najlepsze miejsce, gdzie byłeś z DriveStory.

Jest dopiero przede mną [śmiech]. Każde następne może być jeszcze lepsze. Ale jedno wśród tych, w których już byłem, uwielbiam szczególnie, bo jestem jego ojcem chrzestnym. Zaproponowałem małżeństwu, które miało bistro na Warmii, żeby wykorzystali stodołę i zorganizowali noclegi na sianie. Teraz śpimy tam z samochodami w trakcie wypraw, a to było moim dziecięcym marzeniem.

Nocleg na sianie między autami zaparkowanymi w stodole? Takie rzeczy tylko w DriveStory! Foto: Archiwum prywatne
Nocleg na sianie między autami zaparkowanymi w stodole? Takie rzeczy tylko w DriveStory!

Najlepsze wspomnienie z trasy.

Mam pamięć fotograficzną i zapamiętuje sobie stop-klatki. Jedna to fragment widoku za samochodem na jakieś dzikie pole i ładną drogę z zakrętem, a na pierwszym planie bezramkowe drzwi BMW. Chyba przyznasz, że szyby bez ramek są sexy dla każdego petrolheada. Druga stop-klatka to uśmiechnięci ludzie siedzący przy stole podczas jedzenia jakichś bardzo prostych, ale za to prawdziwych posiłków.

To na koniec – zarażasz pasją młodsze pokolenie?

Chyba dobrze mi idzie, bo młoda kieruje samochodem od 8. roku życia, uwielbia te nasze stare BMW i potrafi rozpoznać też kilka innych ciekawych motoryzacyjnych perełek [śmiech]. Ma styczność z niesamowitą motoryzacją i dla mnie to jest niewyobrażalne, że dziecko może obcować z takimi autami. Ja na jej miejscu chyba bym się po prostu... zsikał. Ale mam też świadomość, że Nelka może pójść własnym torem. Nie chcę, żeby za wszelką była zbzikowana na punkcie motoryzacji tak jak ja.