• Twórcy filmu opowiadają swoją wizję wydarzeń skupiając się na przeżyciach dwóch postaci: Carrolla Shelby’ego i Kena Milesa
  • Ten film powstał nie tylko dla „petrolheadów”, ale też dla miłośników kina akcji niekoniecznie pasjonujących się samochodami
  • Po wyjściu z seansu myślami wracałem do filmu „Wyścig” (Rush), który choć też mocno hollywoodzki to jednak zrobił na mnie większe wrażenie

Na ten film cieszyłem się jak dziecko, to wspaniała opowieść z rykiem V8 w tle. I choć nie wszystko w tej produkcji wzbudziło mój zachwyt to nawet nie będę próbował was odwieść od pójścia do kina. Idźcie, kupcie bilet, bo warto – także po to, by takich filmów powstawało więcej.

Le Mans ‘66 opowiada o genezie powstania Forda GT40 – legendarnego samochodu wyścigowego, który 4 razy z rzędu triumfował w słynnym 24-godzinnym wyścigu przełamując hegemonię zespołu Ferrari. To wszystko by się nie wydarzyło gdyby Enzo Ferrari zgodził się na przejęcie jego firmy przez Forda na początku lat 60 . Jednak w ostatniej chwili „Il Commendatore” odrzucił propozycję Amerykanów co bardzo rozzłościło Henry’ego Forda II – wnuka założyciela Ford Motor Company i ówczesnego prezesa firmy. Ten wątek jest w filmie zobrazowany w niezwykle barwny i dowcipny sposób, tu zawiązuje się akcja: Henry Ford II wypowiada Włochom wojnę i daje zielone światło na opracowanie auta wyścigowego, które pokona Ferrari tam gdzie, Enzo to najbardziej zaboli: w Le Mans.

Nie jest łatwo opowiedzieć w 2,5 godziny kilkuletnią historię sportowej rywalizacji na torze i za jego kulisami, w której uczestniczyło wiele legend świata motoryzacji i wyścigów. W fabule niemal całkowicie pomięci zostali m.in. Bruce McLaren i Dan Guerney. Twórcy filmu opowiadają swoją wizję wydarzeń skupiając się na przeżyciach dwóch postaci: Carrolla Shelby’ego, który przewodzi całej ofensywie, i Kena Milesa – konstruktora, mechanika i kierowcy wyścigowego w jednej dziwacznej osobie. Łączy ich raczej niełatwa i nietypowa przyjaźń, która zostaje wystawiona na próbę, oraz totalne oddanie sportom motorowym, walce o zwycięstwo za wszelką cenę. To oni są pokazani w filmie jako ojcowie Forda GT40 co z historycznego punktu widzenia jest pewnym uproszczeniem. Ale nie ma się co obrażać – o faktach i postaciach, które nie załapały się do scenariusza warto poczytać poza kinem. Mój głód przy przestudiować te wydarzenia jeszcze dokładniej niż znałem je do tej pory na pewno został pobudzony.

Aktorskie kreacje Matta Damona i Christiana Bale’a bardzo mi się podobały, choć ta druga może się wydawać momentami aż nadto karykaturalna – a może Ken Miles właśnie aż takim dziwakiem był? Mniejszy entuzjazm natomiast budziło we mnie przerysowanie scen rywalizacji na torze i naciągana fizyka jazdy bolidów. Na mój gust było trochę za dużo ujęć przypominających „Szybkich i wściekłych”: zbliżenia na gwałtownie skaczącą wskazówkę obrotomierza, niekończący się skok pedału gazu, wrogie spojrzenia między kokpitami gdy kierowcy idą łeb w łeb, kilkukrotne redukcje tego samego biegu i pojawiający się nagle niczym zastrzyk podtlenku azotu przypływ mocy.

Ten film powstał nie tylko dla „petrolheadów”, ale też dla miłośników kina akcji niekoniecznie pasjonujących się samochodami, którzy pragną adrenaliny bardziej niż realizmu. Sceny rywalizacji na torze trzymają w napięciu, i trzeba po prostu dać się ponieść tej hollywodzkiej narracji zamiast się denerwować i psuć sobie kinowy wieczór. Poza Fordami GT40 (w różnych stadiach ewolucji) w filmie występują także liczne inne samochody z epoki (oczywiście to wszystko repliki zbudowane na potrzeby filmu): AC Cobra, Chevrolety Corvette, Ferrari 330 P4 i 250 GTO, Porsche 904 i 906.

W warstwie dźwiękowej natomiast liczyłem na więcej. Ryk 7-litrowego V8 przy 7000 obrotów powinien być w kinowym nagłośnieniu ogłuszający, a sala niestety nie zadrżała. Ale dźwiękowcy przynajmniej postarali się by nawet laik był w stanie wychwycić różnicę między brzmieniem silnikiem Forda a V12 Ferrari.

Po wyjściu z seansu myślami wracałem do filmu „Wyścig” (Rush), który choć też mocno hollywoodzki to jednak zrobił na mnie większe wrażenie. W moim odczuciu sceny z samochodami w ruchu były w nim bardziej dopracowane niż w Le Mans '66 – zarówno pod kątem realizmu i estetyki obrazka jak i efektów specjalnych. Także klimat epoki, w której dzieje się fabuła „Wyścigu”, został oddany barwniej, głębiej, miałem też poczucie, że scenarzyści ściślej trzymali się faktów.

Podobnie jednak jak w przypadku „Wyścigu”, także po obejrzeniu „Le Mans '66” czuję niedosyt – mam ochotę iść na ten film jeszcze raz. Wyścig widziałem trzy razy w kinie i trzy razy na DVD... Oby więcej takich produkcji!