"Nie czas umierać", czyli najnowszy z serii filmów o przygodach Jamesa Bonda, wchodzi dziś oficjalnie do polskich multipleksów. Kilka dni wcześniej, z okazji zbliżającej się (i wielokrotnie przekładanej...) światowej premiery produkcji, Sebastian Vettel i Lance Stroll mieli okazję poczuć się jak agent 007, zasiadając za kierownicą jego Astona Martina DB5.

Kultowe brytyjskie auto zadebiutowało w filmie "Goldfinger" z 1964 r. Oczywiście, było to wyłamanie się z pierwotnej konwencji, wszak książkowy bohater był wierny innej marce – Bentleyowi. W "Goldfingerze" padła więc słynna wymiana zdań. "Gdzie jest mój Bentley?" – pyta James Bond. "Och, obawiam się, że jego czas minął" – odpowiada mu Q.

Aston DB5 – jeszcze nie czas umierać

Nikt nie przewidywał jednak, że będzie to początek aż tak długiej współpracy (to już 57 lat!). I choć w międzyczasie na ekranie pojawiały się inne Astony (i sporadycznie także auta innych marek), DB5 – w przeciwieństwie do Daniela Craiga – na emeryturę się nie wybiera. Zapewne zobaczymy go na ekranie, nawet jeśli nowym Bondem... przepraszam, nową Bond będzie kobieta.

Z legendarnym samochodem zetknęli się ostatnio Vettel i Stroll, czyli kierowcy zespołu Aston Martin F1 wyłonieni na sezon 2022. Mark Higgins, kaskader z "Nie czas umierać" i doświadczony zawodnik rajdowy, zlecił im odtworzenie sceny z pościgu z efektownym poślizgiem (ale bez strzelania!). Jak poradzili sobie kierowcy F1? Zobaczcie sami! Zdradzimy tylko, że nie była to dla nich bułka z masłem.