• Fiata 126p był produkowany w fabrykach w Tychach i Bielsku-Białej
  • Ostatnie egzemplarze tego modelu zjechały z taśmy produkcyjnej w 2000 r. Jednak "maluchy" wciąż mają w Polsce wielu sympatyków, którzy poszukują najbardziej unikalnych wersji
  • Z Fiatem 126p wiąże się wiele wspomnień i legendarnych już ciekawostek związanych zarówno ze szczegółami jego eksploatacji, jak i sprytnymi sposobami naprawiania i usprawniania
  • Więcej takich historii znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

Dziś jest swoistą ikoną motoryzacji, a swoje kolejne "życia" znajduje w kolekcjach pasjonatów, zbiorach rekwizytów filmowych, ale przede wszystkim – we wspomnieniach sprzed lat. Bo takie ma wielu z nas. Odkąd 50 lat temu (dokładnie 29 października 1971 r.) Polska podpisała umowę licencyjną z Włochami na produkcję Fiata 126p, ten niewielki, mało ergonomiczny, ale zaskakujący wieloma niespodziankami samochodzik zagościł na stałe w garażach, a często i w sercach Polaków. Dziś najstarsze modele są traktowane jako kolekcjonerskie klasyki, pasjonaci, którzy chcą mieć w garażu "malucha" z rocznika poniżej 1976 r. muszą się liczyć z jego wysoką ceną, nawet do kilkudziesięciu tys. zł. Kosztowne, bo unikalne są też auta z ostatniej, pożegnalnej serii Happy End, których wyprodukowano tylko tysiąc egzemplarzy.

Dalszy ciąg tekstu pod materiałem wideo:

Czytaj też: Fiat 126p - 20 lat temu zakończyła się jego produkcja

Latająca klapa i rozruch na pych

Z rozgrzanym silnikiem potrafił rozpędzić się do setki, chociaż hałas we wnętrzu zagłuszał wtedy radio, które i tak marnie odbierało. Wycie i rzężenie towarzyszyło też starszym wersjom malucha na skrzyżowaniach ze światłami. Bo żeby silnik nie zgasł, kierowcy nieustająco wciskali pedał gazu. W zimie akumulator trzeba było wymontować i zabrać na noc do domu, żeby nie zamarzł. Namiastkę bagażnika, w którym niewiele się mieściło, Fiat 126p miał z przodu, z tyłu była "klapa" od silnika, która lubiła samoczynnie się otwierać przy większych prędkościach. Świetnie dawał sobie radę na wybojach, był to samochód wręcz stworzony na dziurawe drogi. Ruszanie "na pych" było dla właścicieli maluchów niemal codziennością, mało tego, czasem pchał fiacika nawet sam kierowca, jedną ręką sterując kierownicą i wskakując w biegu, kiedy auto już odpaliło.

Fiat 126p na taśmie produkcyjnej w Bielsku-Białej. Lata 70. Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Fiat 126p na taśmie produkcyjnej w Bielsku-Białej. Lata 70.

Czytaj też: E-Maluch, czyli przeróbka Fiata 126p na wersję elektryczną

Cztery kółka i okno na świat

W wielu publikacjach na temat Fiata 126p można przeczytać stwierdzenie, że "maluch zmotoryzował Polskę". A stało się tak nie tylko przez to, że w krótkim czasie wielu Polaków zaczęło siadać za kółkiem własnego pojazdu, ale też nagle otworzył się przed nimi świat. Ruszyli masowo na wakacje w miejsca, w które nie docierały pociągi i PKS. Nie tylko w Polsce, wytrawni turyści wyjeżdżali fiacikami m.in. do Bułgarii i Rumunii i bynajmniej nie narzekali na brak komfortu czy miejsca na bagaże. Bo tym, co łączyło większość samochodów Fiat 126p, był bagażnik dachowy, który m.in. doskonale sprawdzał się przy przewożeniu mebli, był też niezastąpiony podczas wakacyjnych wyjazdów. Obowiązkowo całą rodziną, czasem też z psem. Najodważniejsi doczepiali do niego przyczepę turystyczną. Był nawet konkretny model przyczep Niewiadów, idealnie dopasowanych gabarytami i wagą do możliwości maluchów.

W zimie trzeba było szczególnie dbać o maluchy. Warto było wyjmować na noc akumulator i zabierać go do domu Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe
W zimie trzeba było szczególnie dbać o maluchy. Warto było wyjmować na noc akumulator i zabierać go do domu

"Na bagażnik dachowy wędrowały stolik i krzesełka campingowe, namiot, torba z pościelą, przekładane materacami, śpiworami i ręcznikami, w foliowym nieprzemakalnym opakowaniu. Wszystko możliwie płasko przytroczone, bo maluch za mały, żeby go wypiętrzać. Do zaledwie stulitrowego bagażnika samochodowego pakowałam żywność […]" - wspomina jedna z bohaterek książki Kazimierza Kunickiego i Tomasza Ławeckiego "Maluchem do raju", cytowanej przez portal CiekawostkiHistoryczne.pl. "Do wnętrza auta szła reszta, w miękkich torbach upychana przeróżnie, (...) koce, zastawa stołowa i sztućce, aparat fotograficzny, a później i kamera, leki na zaziębienie i kłopoty z brzuchem itd. Dobrze umocowana musiała być gazowa butla i kuchenka oraz skrzynka z częściami zapasowymi i narzędziami męża, który jako inżynier potrafił wiele przy maluchu sam zrobić".

Spokojnie, to tylko awaria

"Nie trzeba mieć szczególnej wiedzy technicznej, żeby naprawić samodzielnie malucha" – mówi Paweł Krajewski, kolekcjoner samochodów i miłośnik modelu 126p. "Pamiętam jak w 2008 r. wybraliśmy się z przyjaciółmi trzema »maluchami« do Włoch, na Sycylię. Jechaliśmy tydzień w jedną stronę, tydzień z powrotem. W pewnym momencie w jednym z samochodów zepsuł się silnik. Rozebraliśmy go na parkingu przy stacji benzynowej. Mieliśmy ze sobą potrzebne części, samochód został naprawiony i spokojnie dotarł z powrotem do Polski. Ale "maluchy" były i tak mało awaryjne i w miarę niezawodne w porównaniu np. do Syren. Mój dziadek, kiedy przesiadł się z Syreny do "malucha", twierdził, że to był zupełnie inny świat" - wspomina.

W porównaniu z syreną fiat 126p był naprawdę nowoczesnym samochodem Foto: FCA
W porównaniu z syreną fiat 126p był naprawdę nowoczesnym samochodem

Czytaj też: Fiat 126 EL - wychodzi z cienia na dobre

O naprawianiu maluchów krążyły i wciąż krążą legendy. Skrzynkę z narzędziami można było zastąpić zestawem własnego pomysłu. Starzy motoryzacyjni wyjadacze twierdzą, że zwykła damska pończocha nadawała się do tymczasowego wykorzystania jako zapasowy pasek klinowy. Ale nie tylko to. Okazuje się, że opowieści o kiju lub ewentualnie drewnianym wieszaku, który w niezawodny sposób uruchamiał buntujący się silnik, nie są wyssane z palca. "To w stu procentach prawda" – zapewnia pani Grażyna, która jeździła maluchami przez kilkanaście lat i ma wiele związanych z nimi wspomnień. "Bez kija nigdzie się nie ruszałam. Podobnie jak bez kanistra z benzyną. Pełny 10-litrowy kanister musiał być zawsze w bagażniku. W baku mieściło się mało paliwa, a stacji przy drogach w latach 80. było niewiele".

Z kanistrem w bagażniku i całym majdanem na dachu można już było spokojnie jechać nad polskie morze. Z centralnej Polski jakieś 12 godzin drogi, lekko licząc. Oczywiście sieć lokali gastronomicznych przy ówczesnych drogach była równie marnie rozwinięta jak sieć stacji paliw, więc do ciasnego wnętrza malucha musiały jeszcze wejść torby z jedzeniem na drogę…

Z naprawą samochodu, który lubił psuć się również na trasie, wiążą się czasem wspomnienia wywołujące do dzisiaj gęsią skórkę. Nasza rozmówczyni nie zapomni jak na początku lat 90., podczas wakacyjnej podróż w jej fiacie zepsuł się wydech. Na szczęście warsztat był niedaleko. Zanim mechanik wymienił części, włączał silnik, żeby samochód popracował trochę "na luzie", po czym… brał w rękę gaśnicę i czekał w pogotowiu na ewentualny pożar. To, że nie wybuchł, nie osłodziło właścicielce "malucha" faktu, że po kolejnych 10 przejechanych kilometrach silnik zgasł.

Ostatnią serię maluchów "Happy End" wyprodukowano w dwóch kolorach Foto: FCA
Ostatnią serię maluchów "Happy End" wyprodukowano w dwóch kolorach

"Telewizor, meble, mały fiat"

… śpiewał Perfect w popularnym przeboju z 1981 r. Bo też był to dla wielu rodzin symbol prestiżu i dobrobytu. Bądź co bądź kosztował kilka ówczesnych średnich krajowych i niektórzy musieli czekać na niego kilka lat. W szczytowym okresie popytu na "maluchy" fabryki nie nadążały z produkcją. Fiat 126p produkowany był w Polsce przez 27 lat, łącznie w naszym kraju powstało 3 mln 318 tys. 674 egzemplarzy tego samochodu. Doczekał się wielu różnych wersji, z których nie wszystkie jednak ujrzały światło dzienne. Były prototypy na bazie malucha, których nigdy nie wykorzystano. Były też takie, których cechą była unikalność. Np. w 1991 r. wprowadzono na krótko do produkcji serię modelu Cabrio. Wyprodukowano 500 egzemplarzy "malucha" w takiej wersji. Auto usztywniono za pomocą specjalnego pałąka, zaś dach wykonano z elastycznego płótna zapinanego na tymże pałąku i na linii przedniej szyby.

Dziś Fiat 126p to samochód niekoniecznie wygodny do codziennego użytku, ale przez wielu kierowców wciąż używany. W Polsce regularnie odbywają się zloty pasjonatów tego modelu, na których pojawia się zwykle nawet kilkaset "maluchów".

"Jest tak wiele wersji tego samochodu, że każdy może wśród nich znaleźć coś dla siebie, na rynku są modele w różnych cenach" – podkreśla Paweł Krajewski. "Najtańsze są te w wersji Elegant, oprócz limitowanej serii Happy End. Najdroższe - te z pierwszej serii, wyprodukowane do 1976 r. włącznie. Fiatów w wersji Bis, z bagażnikiem z tyłu zachowało się mało, więc też kosztują sporo. Co ciekawe, ostatnio na rynku pojawia się coraz więcej małych fiatów wyprodukowanych we Włoszech, które są mniej więcej trzy razy tańsze niż te produkcji polskiej".

Materiał powstał dzięki współpracy Onet z partnerem - Narodowym Archiwum Cyfrowym, którego misją jest budowanie nowoczesnego społeczeństwa świadomego swojej przeszłości. NAC gromadzi, przechowuje i udostępnia fotografie, nagrania dźwiękowe oraz filmy. Zdigitalizowane zdjęcia można oglądać na nac.gov.pl