• Auta elektryczne mają coraz większe zasięgi i są coraz praktyczniejsze. Czy to wystarczy, żeby mogły zastąpić samochody z silnikami spalinowymi?
  • Różnice w cenach między samochodami na prąd a tymi wyposażonymi w silniki spalinowe stopniowo maleją
  • W przypadku aut elektrycznych można się spodziewać niższych kosztów eksploatacji
  • Mimo rozwoju sieci ładowania, autem elektrycznym nie da się po Polsce tak łatwo podróżować, jak samochodem spalinowym. Każda nowa, dalsza trasa wymaga solidnego planowania – zapomnijcie o spontanicznych wyjazdach!
  • Więcej takich tekstów znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

Coraz głośniej mówi się o wprowadzeniu obowiązkowego opodatkowania z tytułu samego posiadania aut z napędem spalinowym – unijne przepisy, które mają taki wymóg wprowadzić, mają wejść w życie w nieodległej przyszłości. Już, teraz kiedy idziemy do salonu po nowe auto, coraz trudniej jest kupić takie, które nie miałoby przynajmniej częściowo zelektryfikowanego napędu, dominują hybrydy, hybrydy plug-in, a w salonach niektórych marek już stoją przede wszystkim auta elektryczne – to też efekt wymogów wynikający z polityki.

Producentom bardziej opłaca się sprzedawać auta niskoemisyjne lub formalnie bezemisyjne, bo jeśli sprzedadzą zbyt dużo aut o emisji CO2 przekraczającej określone, wyśrubowane limity, to zostaną obciążeni karami finansowymi. Do tego dochodzi sytuacja geopolityczna – paliwa nieustannie drożeją, a jeżdżąc dieslem czy benzyniakiem, możesz usłyszeć, że finansujesz agresję Rosji na Ukrainę, bo przecież znaczna część ropy wykorzystywanej do produkcji paliw pochodzi od rosyjskich koncernów petrochemicznych.

Auta elektryczne — jazda tania i przyjemna

Oczywiście, lekarstwem na większość z tych problemów mają być auta elektryczne – mają być ekologiczne, tanie w utrzymaniu, przyjemniejsze do jazdy i niemal tak samo praktyczne (a według niektórych nawet praktyczniejsze) od aut z silnikami spalinowymi. Ci, którzy już zdecydowali się na przesiadkę na auta elektryczne, najczęściej deklarują, że na pewno już nie wrócą do samochodów spalinowych.

Powstaje tylko pytanie, czy opiera się to na przesłankach merytorycznych, czy też w wielu przypadkach nie jest to przypadkiem coś, co w psychologii nazywa się racjonalizacją – czyli mechanizmem obronnym polegającym na znajdowaniu pozornie racjonalnych uzasadnień dla swoich decyzji, po to, żeby często bronić ich też przed samym sobą. No bo skoro wydałem znacznie więcej na auto elektryczne niż na samochód spalinowy i stałem się pionierem "przyszłościowych rozwiązań" i wyznaczam trendy, to przecież nie mogę teraz powiedzieć, że nie do końca jestem z tego wyboru zadowolony. A że są niedogodności?

Ograniczony zasięg i długie ładowanie to nie wady, a zalety?

Ludzka psychika ma na takie sytuacje gotowy, wbudowany mechanizm obronny. To forma racjonalizacji nazywana "słodkie cytryny"! Na czym to polega? W skrócie to wmawianie sobie (i innym), że niedogodności i przykre sytuacje, które nas spotykają, są w rzeczywistości przyjemne. Co to ma wspólnego z użytkowaniem aut elektrycznych w polskich realiach? Zajrzycie na dowolne forum użytkowników aut elektrycznych i zadajcie pytanie, czy nie przeszkadza im to, że podczas podróży trzeba się częściej zatrzymywać, a ładowanie trwa wciąż wielokrotnie dłużej niż tankowanie auta z silnikiem spalinowym.

Po chwili pojawią się dziesiątki komentarzy, że to tak naprawdę zaleta! Że przecież robienie sobie częstszych przerw w trasie jest zdrowe i pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo, że ten czas na stacjach ładowania można przecież przyjemnie spożytkować, że to wszystko to tylko kwestia odpowiedniego zaplanowania podróży. Niby tak, ale... Na tych samych forach pojawiają się później wątki, w których użytkownicy chwalą się coraz lepszymi zasięgami nowych modeli aut elektrycznych i cieszą się z kolejnych, szybkich ładowarek. To co z tymi potrzebnymi i przyjemnymi postojami na ładowanie? Dlaczego producenci aut i operatorzy infrastruktury chcą je nam odebrać?

Jazda autem elektrycznym — nasze doświadczenia

Piotr Szypulski: W ciągu ostatniego roku pokonałem zbliżoną liczbę kilometrów autami spalinowymi i elektrycznymi. To pierwszy taki rok, bo wcześniej auta spalinowe zdecydowanie dominowały, a "elektryki" były ciekawym urozmaiceniem. Które lubię bardziej? Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Pierwszymi samochodami elektrycznymi jeździłem kilkanaście lat temu, kiedy były absolutną egzotyką, a zasięg rzędu 100 km uchodził za dobry wynik. Od tamtej pory wiele się zmieniło, a w ciągu ostatnich kilku lat postęp w dziedzinie elektromobilności jest wprost niesamowity. Czy to już czas na przesiadkę i całkowite zastąpienie auta spalinowego elektrycznym? Dla wielu być może tak, dla mnie... jeszcze nie.

Problem nie tkwi już w samych autach, bo na rynku jest coraz więcej modeli, z którymi mógłbym się już zaprzyjaźnić na dłużej – problemem jest to, jaki mam tryb życia i to, że... mieszkam w Polsce. Dosyć często zdarza mi się pokonywać dłuższe trasy, przy czym często moim celem nie są największe miasta, w których istnieje już sensowna infrastruktura do ładowania samochodów – jeżdżę też w mniej uczęszczane rejony, poruszam się nie tylko głównymi trasami, a moje wyjazdy są często jednodniowe. W dodatku nie wszystkie jestem w stanie precyzyjnie zaplanować.

W czym problem? Jeśli weźmiemy nowoczesne, przyzwoite auto elektryczne o deklarowanym zasięgu rzędu ponad 400 km, to tak naprawdę w trasie, przez większą część roku zasięg ten to realnie nieco ponad 300 km, bo zimą prąd pożera dodatkowo m.in. ogrzewanie, a latem klimatyzacja. Jeżeli nie zamierzam poruszać się głównymi trasami, a na mojej trasie nie ma większych aglomeracji, to w zasadzie nie mogę odjechać od domu dalej niż na 150 km, o ile tego samego dnia zamierzam jeszcze do domu wrócić. Dla mnie to za mało!

Gdybym mieszkał w Skandynawii, nie miałbym takich rozterek! Oczywiście, mogę naciągnąć swoją trasę i poszukać ładowarek, ale to zwykle oznacza sporo nadłożonych kilometrów – a ładowarki przy mniej uczęszczanych trasach zwykle nie są najwyższej klasy (niespełna co trzecia z ok. 2200 ładowarek w Polsce to ładowarki DC oferujące przyzwoitą szybkość ładowania – to stan na maj 2022), co z kolei oznacza, że ładowanie trwa na nich długie godziny. A że na prądzie jeździ się taniej? No cóż – żeby uniknąć kilku godzin stania w szczerym polu, wolę czasem dopłacić.

Oczywiście, fanatycy aut elektrycznych w takiej sytuacji upierają się, że dobre rozplanowanie trasy, stosowanie odpowiednich aplikacji pozwala takie problemy rozwiązywać. Mam tych wspierających elektromobilność aplikacji kilka, korzystam z nich regularnie. Pomagają, ale nie zawsze. Przykład? Kilka miesięcy temu, zimą, wybrałem się autem elektrycznym (model klasy premium, z jedną z największych dostępnych na rynku baterii) w podróż z ok. Warszawy na Południe Polski.

Odległość to niespełna 400 km, czyli mniej niż teoretyczny zasięg pojazdu, a nieopodal miejsca docelowego znajduje się szybka ładowarka. Oczywiście, mimo powściągliwości z korzystania z doskonałych osiągów auta, przy temperaturze -10 cudów nie było – z każdym przejechanym kilometrem zasięg wskazywany przez komputer pokładowy spadał o... więcej niż kilometr. Po drodze konieczne było przynajmniej krótkie, ale szybkie ładowanie auta. Jadąc w jedną stronę realnie, w porównaniu z jazdą autem z silnikiem spalinowym, na 400 km straciłem ok. godziny. Da się wytrzymać! Niestety, na miejscu okazało się, że szybka ładowarka – wskazywana przez aplikacje jako dostępna w rzeczywistości dostępna nie jest.

Dalsza część tekstu pod materiałem wideo

W pobliżu znalazła się inna, ale o gorszych parametrach – ładowanie baterii do poziomu, który pozwalał na w miarę bezstresowe pokonanie trasy, do kolejnego punktu pośredniego zajęło nie godzinę, a ok. 3 godzin. Niestety, później okazało się, że z zaplanowaną stacją na drodze powrotnej też był problem (choć według aplikacji dostarczonej przez producenta auta była sprawna i dostępna), a na kolejnej, do której dojechałem na resztkach prądu, w środku nocy, nadkładając drogi, ładował się już inny samochód (o czym aplikacja mnie poinformowała, ale nie miałem wyboru), więc zanim udało mi się choćby podłączyć wtyczkę, straciłem kolejne półtorej godziny.

W sumie na jednej, około 800 km trasie, przez to, że jechałem autem elektrycznym i szczęście mi nie dopisało, zmarnowałem jakieś 6-7 godzin – nawet uwzględniając przerwy na kawę czy rozprostowanie kości, których nie odmówiłbym sobie, jadąc autem z silnikiem spalinowym. Jeśli komuś nie śpieszy się do domu, to czemu nie – ja lepiej odpoczywam we własnym łóżku, niż drzemiąc w fotelu ładującego się elektryka. Finał podróży: moja żona stwierdziła, że nigdy więcej w dalszą trasę "elektrykiem" nie pojedzie – a tłumaczenia, że to tylko zbieg niesprzyjających okoliczności i że zwykle jest lepiej, wcale jej nie przekonują.

W takich przypadkach niezłym rozwiązaniem mogłaby być hybryda plug-in, która po mieście i na krótkich dystansach może jeździć "na prądzie", ale w razie potrzeby można też jeździć nią, używając silnika spalinowego i tankując na zwykłych stacjach. Nie wspominajcie jednak o takim rozwiązaniu na forach "elektromobilnych", bo zaraz znajdzie się jakiś Wujek Dobra Rada, który stwierdzi, że to bez sensu, że "bardziej się opłaca kupić auto elektryczne, a na dalsze, np. wakacyjne wyjazdy wynajmować sobie samochód spalinowy".

Tyle że nie każdy wyjazd da się zaplanować. Np. wtedy kiedy o 23.00 odbieracie połączenie z telefonu od córki, która jest właśnie na wycieczce szkolnej na drugim końcu Polski, ale zamiast dziecka w słuchawce odzywa się nauczycielka:

– Proszę się nie denerwować, córka miała wypadek, ma złamaną nogę, zabrała ją karetka, jest na SOR-rze i dobrze by było, gdybyście ją Państwo mogli pilnie odebrać.

Ponad 500 km do przejechania. Jeśli macie do dyspozycji tylko auto elektryczne, to macie problem! Wynajem auta z silnikiem spalinowym w środku nocy? Jasne, da się, ale... Jazda autem elektrycznym w obie strony? A jeśli przy trasie nie ma czynnych ładowarek? Długie przerwy na ładowanie ze świadomością, że dziecko jest w odległym o kilkaset kilometrów w szpitalu i czeka? Takie sytuacje się zdarzają sporadycznie, ale się zdarzają. Mi się ostatnio przydarzyła. Szczęście w nieszczęściu – miałem pod domem auto z silnikiem spalinowym.

Auto elektryczne? Tak, bardzo chętnie! Do codziennych dojazdów do pracy czy na zakupy, kiedy w nocy może się ładować pod domem, bez tracenia czasu na poszukiwanie ładowarek – to świetne rozwiązanie! Do miejskiej logistyki? Najlepsza opcja! Na dalsze trasy? To zależy, jak często i którędy jeździcie i jak bardzo musicie gdzieś dotrzeć o konkretnej porze. Przy głównych trasach i większych miastach ze znalezieniem miejsc do ładowania nie ma już większego problemu, choć coraz częściej ładowarki bywają zajęte.

Aleksandra Kopka: Auta elektryczne są dla ludzi, którzy mają czas i się im nie spieszy. Nie dlatego, że "elektryki" są powolne, bo to nieprawda. Dlatego, że trzeba mieć dużo czasu, na stanie na ładowarkach. Nie, nie jestem specjalistą od aut elektrycznych.

Ba! Skoda Enyaq i80 to drugi samochód elektryczny, którym miałem okazję dłużej pojeździć. Zacznijmy jednak pod początku. Enyaq trafia do redakcji na tzw. test długodystansowy, czyli testujemy dany egzemplarz, robiąc nim jak najwięcej kilometrów. Moja część testu przypadła na termin, w którym wybierałam się do Zamku Grodziec, z postojem na obiad we Wrocławiu. Trasa liczy ok. 377 kilometrów do Wrocławia i ok. 120 km z Wrocławia do Zamku. Niedaleko, prawda? Ile pokonanie takiej trasy zajmuje Wam autem spalinowym?

Ja, znając już na pamięć prawie każdy kilometr trasy S8 do Wrocławia, przy dobrej pogodzie, swoim prywatnym benzynowym Mini, potrzebuję około 3,5 godziny. Jakież było moje zdziwienie, gdy dokładnie ta sama trasa, elektryczną Skodą zajęła mi 6 godzin! Nie, nie miałam awarii, droga przebiegła bez korków a pogoda była świetna, choć wiało.

No właśnie, co więc spowodowało, że zajęło mi to dwa razy dłużej? Ładowanie! No i wiatr, a jak wiadomo, najgorszy jest wiatr! Auto mimo deklarowanego zasięgu (na naładowanej na 100 proc. baterii – 480 km) niestety wymagało dodatkowego ładowania gdzieś w środku trasy do Wrocławia. Jeśli jesteś zaznajomiony z ładowarkami w Polsce, to znasz pewnie na pamięć ich rozmieszczenie. A, co w momencie, gdy to twoja dziewicza przygoda? No cóż, czas wejść na wyższy poziom logistyczny. Bez żadnej gwarancji, że chytry plan się powiedzie!

Skąd wspomnienie o wietrze? Niestety, podczas jazdy "elektrykiem" pogoda jest ważna. Za zimno – tracisz zasięg baterii, za gorąco – to samo. Jak za bardzo wieje i jedziesz pod wiatr, masz wyższy opór powietrza – zasięg zaczyna spadać. Prędkość? Chyba pierwszy raz na trasie S8 miałam 110km/h ustawione na tempomacie, tylko dlatego, że po przekroczeniu tej magicznej bariery zasięg spadał w oczach. Masz do dyspozycji naprawdę dynamiczne auto, ale musisz przyzwyczaić się do widoku mijających cię Yarisów, Fabii, autokarów, a czasem nawet tirów.

Są jednak plusy! I to nawet spore. Nowe znajomości! Nigdy na zwykłej stacji benzynowej nie miałam okazji poznać tylu osób. Nigdy też na żadnej nie spędziłam aż tyle czasu. A tu proszę – stoimy sobie z panem od Peugeota 208 i wymieniamy doświadczenia. Chwila (48 minut) niezobowiązującej, acz milej rozmowy i na odchodne słyszę, że na stacji za 30 km złącze zepsute i trzeba zawrócić na tę, przy której obecnie ładuje auto lub odbić 15 km, bo jest druga ładowarka.

Podobnie we Wrocławiu, tu poznałam przesympatycznego Pana od Tesli. Przez prawie godzinę miałam okazję posłuchać o zasięgu baterii, o życiu slowlife i cieszeniu się chwilą. Bo wiecie, użytkownicy aut elektrycznych przyzwyczaili się już do spędzania wolnego czasu przy ładowarkach. Im niestraszne są minuty czy godziny upływające przy buczącym transformatorze. Pan od Tesli wozi ze sobą nawet materac o wymiarach dopasowanych idealnie do wnętrza auta, bo jak sam przyznał opcja "camping" w jego pojeździe umożliwia podtrzymanie temperatury w mobilnej sypialni, a nie raz zdarzało mu się na ładowarkach spać.

I to wszystko tak pięknie wygląda w opowieściach, a czas płynie...