• Podczas tegorocznej majówki pokonaliśmy elektryczną Skodą Enyaq długą trasę z Siedlec do Gdyni w obie strony
  • Podróż przez połowę kraju to dobra okazja, by przekonać się jak bardzo różni się użytkowanie modelu elektrycznego od spalinowego
  • Samochody elektryczne i spalinowe nie są wolne od wad. Znamienne, że ich zwolennicy są gotowi do nadzwyczaj gorących dyskusji, by za wszelką cenę wykazać wszelkie wady i ułomności
  • Więcej takich tekstów znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

Długa podróż samochodem elektrycznym na majówkę nie pozostała bez echa. W sieci pojawiło się sporo komentarzy, które z nieskrywaną ciekawością przejrzałem. Niestety większość trudno potraktować poważnie, szczególnie gdy wiążą się z obrażaniem i kwestionowaniem stanu umysłu. Co więcej, relacja przyczyniła się do gorącej dyskusji pomiędzy użytkownikami samochodów elektrycznych i spalinowych. A ta zaś bardzo przypomina spory znane od lat, czyli odwieczne dywagacje o wyższości jednego sprzętu czy rozwiązania nad drugim (choćby Canon kontra Nikon, Android kontra Apple czy BMW w zestawieniu z Mercedesem). I prowadzi do smutnego spostrzeżenia, jak część osób łatwo szufladkuje i z pasją wykazuje, że druga grupa jest we wszystkim gorsza (znamienne, że już sam fakt, iż nie kupiłem elektryka jest dla niektórych dyskwalifikujący). Czyżby kolejny temat dla badań socjologicznych?

Z diesla prosto do elektryka

Szczęśliwie nie zabrakło także znacznie bardziej merytorycznej dyskusji. To natomiast zachęca do tego, by odnieść się przynajmniej do części uwag i podzielić się spostrzeżeniami oraz świeżo nabytymi doświadczeniami. Skoro bowiem na co dzień większość podróży odbywam autami spalinowymi (wciąż bardzo lubię diesle i to nie tylko te najnowsze) to pierwsza dłuższa wyprawa elektrykiem jest wyjątkowym poligonem doświadczalnym.

Jedno nie ulega wątpliwości. Planowanie podróży samochodem elektrycznym jest bardzo ważne. Przekonałem się o tym na własnej skórze, gdy w drodze powrotnej zaoszczędziłem ponad godzinę, ruszając z pełną baterią i zatrzymując się tylko na jedno ładowanie na szybszej stacji. A to już bardzo dużo. Równie dobrze mógłbym jednak stracić więcej czasu, gdyby ładowarka była zajęta (miałem szczęście, gdyż w trakcie mojego ładowania pojawił się kierowca, który cierpliwie czekał do zakończenia zasilania). Oczywiście w kolejce do dystrybutora także trzeba odstać, gdy kończy się benzyna czy olej napędowy. Samo tankowanie potrwa jednak dużo krócej.

Zajęta ładowarka i dramatyzowanie

Obawa o zajętą ładowarkę to jednak dość spore zmartwienie co zapewne część użytkowników aut elektrycznych może lekceważąco określić dramatyzowaniem. Uznałem jednak, że wbrew zaleceniom aplikacji takich jak ABRP lepiej ruszyć mniej uczęszczaną trasą z Siedlec do Gdyni przez Pułtusk i Ciechanów niż autostradami A2 i A1. W końcu łatwiej o kolejkę na stacji przy ruchliwej autostradzie niż po drodze w Wyszkowie czy Mławie.

Z pewnością dużą zmianą dla każdego kierowcy auta benzynowego, diesla czy hybrydy ma także kwestia ładowania na stacjach różnych sieci. Zwykłym autem spalinowym odwiedzasz dowolną stację (chyba, że zbierasz punkty w programie lojalnościowym), tankujesz i jedziesz dalej. Elektrykiem zatrzymujesz się zaś tam, gdzie masz założone konto użytkownika, dostępną kartę ładowania RFID czy odpowiednią aplikację (to zresztą początkowo było ogromną zmorą dla kierowców na zachodzie Europy, gdy upowszechniano auta elektryczne). By uniknąć zatem choćby nadmiaru kart w portfelu i aplikacji w telefonie niektórzy producenci samochodów wprowadzili własne karty honorowane w wielu miejscach (oczywiście nie ma nic za darmo).

Na rezerwie w elektryku? Lepiej nie

Chcesz mieć większy zapas paliwa lub energii czy też zbliżyć się do rezerwy? Każdy ma swoje preferencje. Mimo wszystko wolę ruszać w dłuższą trasę z pełnym bakiem paliwa (łatwiej uniknąć kolejek na stacjach szczególnie przy autostradach) czy akumulatorem naładowanym do 100 proc. (znamienne, że czasu ładowania auta elektrycznego przed podróżą zwykle nie wlicza się przy podsumowaniu trasy). I cenię także spokój i komfort, gdy dojeżdżam do celu z odpowiednim zapasem paliwa czy energii.

Dojeżdżasz na miejsce i zostawiasz na dłużej samochód z niskim stanem energii w akumulatorze? Błąd! Nie tylko Skoda przestrzega w instrukcji obsługi, by „natychmiast rozpocząć proces ładowania” (oraz radzi, by ustawiać dolny limit ładowania na co najmniej 20 proc.). Stąd wolę po drodze uzupełnić energię niż po wieczornym przyjeździe na miejsce szukać najbliższej ładowarki i blokować stanowisko przez całą noc.

Ładowanie elektryka. Na co narzekamy?

To oczywiste: auto z dieslem czy silnikiem benzynowym pod maską tankujesz w kilka minut i gotowe. Postój na ładowanie samochodu elektrycznego potrwa dłużej. Dużo dłużej. Wbrew pozorom nie wszystko zależy od mocy ładowarki. Istotne są także temperatura samej baterii oraz warunki atmosferyczne. Stąd zwykle dłużej poczekamy nie tylko zimą podczas mrozów, ale także w upalne letnie dni (z czasem, gdy poznamy auto, łatwiej będzie oszacować czas postoju). Na tym nie koniec.

Prędkość uzupełnienia akumulatora spada wraz ze wzrostem jego naładowania. Szybciej zatem naładujemy np. z 60 do 80 proc. niż z 80 do 100 proc. Nie inaczej było w Skodzie Enyaq iV 80 (mimo obaw niektórych komentujących unikałem ładowania powyżej 80 proc.). Dużą niespodzianką było jednak dla mnie to, że każde ładowanie wyglądało nieco inaczej. Zdarzało się, że mimo deklarowanej mocy 90 kW Skoda przyjmowała niekiedy nieco ponad 60 kW. Bywało jednak tak, że na słabszych ładowarkach (np. 45 kW) udało się wykorzystać niemal pełną moc. Zapamiętałem także komentarz jednego z napotkanych kierowców, który narzekał na stacje GreenWay w Elblągu przekonując, że nigdy nie udało mu się uzyskać deklarowanych parametrów.

Oczywiście chcąc oszczędzić czas, najchętniej korzystałem z ładowania DC (prąd stały). I zapewne nie jestem odosobniony. Wystarczy jednak rzut oka do instrukcji obsługi, by przekonać się, że producent samochodu zaleca co innego: „ładuj akumulator wysokiego napięcia głównie prądem przemiennym”. Cena za lekceważenie zaleceń może się okazać wysoka. Inżynierowie ostrzegają bowiem przed ryzykiem „trwałego zmniejszenia pojemności ładowania akumulatora”.

Pokora i cierpliwość za kierownicą elektryka

Bez wątpienia jazda elektrycznym samochodem w dłuższej trasie uczy pokory i cierpliwości. Jeśli chcemy pojechać jak najdłużej bez potrzeby ładowania, pozostaje utrzymać wolniejsze tempo od innych podróżujących drogą ekspresową. Oczywiście gdzieś z tyłu głowy kołacze myśl "jedź tak jak inni, by nie wlec się po trasie". Trzeba jednak przyznać, że spokojna, płynna jazda z tempomatem ustawionym na 110 km/h i automatyczną rekuperacją (im więcej energii w baterii tym odzysk skromniejszy) jest dość relaksująca. Wprawdzie przy dużym ruchu w majówkę (to, co było na S7 przypominało odcinek A2 między Łodzią a Warszawą) trudniej było zmienić pas ruchu, by wyprzedzić inne auta, ale i tak nie było źle. Jedno spostrzeżenie: cztery dość dynamiczne próby zmiany pasa i wyprzedzania miały swoją cenę: wskaźnik zasięgu szybko skrócił się o 20 km w Skodzie Enyaq 80 iV.

Mimo wszystko jazda elektrykiem relaksuje (nawet sam szum opływającego powietrza przywodzi miłe skojarzenia z lotem pasażerskim odrzutowcem). Dawno nie byłem tak wypoczęty, jak po podróży samochodem na prąd. Z pewnością wpływ na to miały dłuższe przerwy i bardziej spokojny styl jazdy. Trudno także przecenić coś jeszcze – możliwość przyjemnej pogawędki z innymi kierowcami. A o taką znacznie łatwiej przy punkcie ładowania elektryka niż dystrybutorze paliw.

Pozostaje jeszcze jedno. Czy wybiorę się jeszcze w kilkusetkilometrową wyprawę samochodem elektrycznym? Z pewnością! Czy jednak każda dłuższa wyprawa odbędzie się autem na prąd? Nie. Tak łatwo nie skreślam dobrego diesla, benzyny czy hybrydy. One również oznaczają sporo radości z jazdy i póki co wciąż krótszą podróż.

Bez względu na to, jakim autem ruszycie w podróż. Zawsze można życzyć tego samego: szerokości!