• Kiedyś, żeby jeździć samochodem, trzeba było się znać na technice
  • Nie bez powodu zawodowi "szoferzy" zatrudniani byli na stanowisku "kierowca-mechanik" – bez znajomości podstaw mechaniki długo się jeździć nie dało
  • Jeszcze w latach 60. typowe interwały między wymianami oleju wynosiły zaledwie 3 tys. km, a zawieszenia wymagały regularnego smarowania
  • Więcej takich tekstów znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

Panie, kiedyś to były czasy – klimat był lepszy, ludzie życzliwsi, powietrze czystsze, korków nie było no i oczywiście samochody były lepsze, bo solidniejsze i łatwiejsze w obsłudze, bez tych wszystkich komputerów, ekranów dotykowych, turbosprężarek i downsizingów. Słyszeliście już kiedyś takie bajdurzenia? Prawdy w nich za wiele nie ma – to tylko dowód na to, że ludzka pamięć płata figle, a o tym co złe, chętnie zapominamy.

Czystsze powietrze? Wolne żarty. W czasach, kiedy po drogach jeździły auta bez katalizatorów, nie brakowało rozklekotanych diesli i dwusuwów, a w miastach dumnie wznosiły się kominy zakładów przemysłu ciężkiego, w dzisiejszych miernikach, które ostrzegają nas przed smogiem od razu zabrakłoby skali! A co z tymi autami?

Rzeczywiście były aż tak solidne? Bo przecież ludzie jeździli niemi często nawet po kilkanaście lat, a teraz co chwila zmieniają. No niestety, nie o solidność tu chodziło, tylko o brak alternatywy – w czasach PRL-u, porządny samochód kosztował tyle co dom czy mieszkanie, często był dorobkiem życia, a nawet jeśli ktoś miał na auto pieniądze, to i tak wcale nie tak łatwo było je kupić.

Kiedyś kierowca musiał być mechanikiem

A co z tą wspominaną z rozrzewnieniem łatwością obsługi? To też bajeczki powtarzane przez sklerotyków! Szczęśliwcy, którym udało się zdobyć nowe auto musieli zacząć od obowiązkowej procedury docierania – nie chodziło tu tylko o to, żeby przez pierwsze tysiące kilometrów nie obciążać za mocno silnika, czy też po tysiącu km wymienić olej – niegdyś producenci zalecali, żeby np. po 500 km "dociągnąć" śruby głowicy czy też upewnić się, że łożyska piast mają poprawny luz.

A co z jazdą? Przed jej rozpoczęciem należało dokładnie sprawdzić poziom oleju w silniku i zalecenie to naprawdę miało sens – bo np. w silnikach rolę uszczelniaczy wału pełnił... umazany smarem sznur, który nigdy nie zapewniał całkowitej szczelności. Warto też było zajrzeć do chłodnicy, bo układy nie były szczelne (ciśnieniowe), woda z nich stopniowo odparowywała, szczególnie podczas upałów. Tak, woda, a nie płyn – bo płynu używano w zasadzie tylko zimą. To dlatego kiedyś tak popularne były silniki chłodzone powietrzem – ich obsługa była znacznie prostsza.

Przy okazji zaglądania pod maskę warto też było zajrzeć do szklanego odstojnika przy filtrze paliwa – nie, jakość paliw nie była kiedyś lepsza niż teraz!

Pompka w bagażniku, pompowanie kół raz w tygodniu

Ciśnienie powietrza w kołach? Teraz też warto je sprawdzać, ale kiedyś konieczność dopompowywania była na porządku dziennym, a każdy w bagażniku woził własną pompkę! Dętki w autach z czasów PRL-u nie były najwyższej jakości.

Raz na jakiś czas trzeba też było zajrzeć do akumulatora i uzupełnić w nim poziom elektrolitu.

W autach takich jak np. FSO Warszawa czy Skoda Octavia (ta "prawdziwa", a nie zbudowana na bazie techniki Volkswagena) niekiedy nawet co kilkaset kilometrów konieczna była regulacja zapłonu, czyszczenie świec, wymiana wypalonych styków, co kilka tysięcy kilometrów trzeba było ustawiać zawory (tego problemu nie mieli użytkownicy dwusuwów, ale za to oni częściej musieli "walczyć" z zapłonem), planowo – co 3 tys. km wymieniać w silniku olej, smarować przeguby wału napędowego, łożyska pompy wody i piast, wciskać smar do smarowniczek w sworzniach drążków kierowniczych, tulejach zawieszenia, smarować linki hamulca ręcznego. Hamulce też trzeba było regulować, żeby choćby z grubsza równomiernie "brały". Mało jazdy, mnóstwo majsterkowania!

Jak dbałeś, tak miałeś, a na warsztaty nie można było liczyć

Warsztatów było mało, ustawiały się do nich kolejki, więc "prawdziwi kierowcy" musieli radzić sobie sami! Oczywiście, wielu użytkowników albo nie miało do tego zdolności, albo z czasem tracili entuzjazm i zapominali o planowych czynnościach okresowych – efekty były opłakane. Już po kilkudziesięciu tysiącach kilometrów zaniedbane auto było praktycznie ruiną – silnik ledwo pracował, zawieszenie stukało na najdrobniejszych nierównościach.