• Wnętrze z reguły w pierwszej kolejności mówi o tym, jakim człowiekiem był poprzedni użytkownik
  • Wstępne oględziny powinny być na tyle dokładne, by oddzielić ziarno od plew
  • Mierniki lakieru staniały, korzysta z nich coraz więcej osób, ale nie każdy umie to robić

Temat był już poruszany kilka razy, ale tym razem podejdziemy do niego z nieco innej strony. Bo jeśli już się uczyć, to od najlepszych – pracownik komisu przy punkcie dilerskim pokaże, jak oglądać samochód przed zakupem, żeby ustrzec się przed wtopą. Podpowiemy, gdzie zajrzeć, czego dotknąć i na co zwrócić uwagę, żeby już po kilku minutach wychwycić uchybienia, które tak naprawdę przekreślają sens zakupu danego egzemplarza. Ma być profesjonalnie i szybko, bo jak wiadomo – czas to pieniądz.

Skupimy się więc na oględzinach karoserii, lakieru i najważniejszych podzespołów mechanicznych. Odpuszczamy tym razem podnośnik, gdyż w komisie (ani tym bardziej pod czyimś domem!) skorzystać z niego raczej nie można. Chyba że jest to komis przy serwisie, a sprzedający akurat nie ma niczego do ukrycia.

Wielu klientów kupuje oczami. To pole do popisu dla nieuczciwych handlarzy, którzy doskonale wiedzą, co i gdzie zatuszować/podmalować, by niewielkim nakładem czasu oraz pieniędzy starego trupa zmienić w pięknego łabędzia. Jak mówi nasz ekspert, zazwyczaj lepiej skupić się na samochodzie z lekko poniszczonym lakierem niż na takim, który już z daleka świeci się jak milion dolarów, bo został właśnie cały pomalowany.

W przypadku pojazdu za 20-40 tys. zł (zazwyczaj aut z tego przedziału cenowego szukają polscy kupujący!) świeży lakier często oznacza naprawę powypadkową i (lub) tuszowanie wysokiego przebiegu. Drobne rysy i niedociągnięcia można przeważnie zniwelować/wyciągnąć, a szpachlowany i malowany samochód to zawsze ryzyko. No i trudniej go potem sprzedać. Jednak lakier to nie wszystko – oto miejsca, które zdradzają, że z autem może być coś nie tak. Wychwyci je nawet laik.