• Auta z USA zazwyczaj przed sprzedażą w Polsce się naprawia, zaś ten Passat został tylko lekko „podszykowany”
  • Czy dlatego, że handlarza przerósł zakres szkód i gdy Passat pojawił się w kraju, to okazało się, że lepiej już w niego nie inwestować?
  • Klasyczna „pomyłka”: w ogłoszeniu przebieg w kilometrach, w rzeczywistości – w milach. Czyli ok. 1,6 raza większy

Jeśli szukasz aut z USA lub Kanady, jedź na Podlasie. Ten rejon Polski wyspecjalizował się w importowaniu aut z kilku konkretnych kierunków. Jeśli chodzi o Europę, to często jadą tu lawety np. z Belgii, jeśli zaś weźmiemy pod uwagę bardziej „egzotyczne” kierunki, to wnet okaże się, że mamy tu ogromny wybór aut właśnie ze Stanów i Kanady. Problem polega na tym, że tylko niewielka część aut przypływa do nas stamtąd w całości, np. w ramach mienia przesiedleńczego. Większość pojazdów trafiających do Polski zza oceanu ma na koncie mniejszą lub większą przygodę – może to być np. zalanie, kradzież, wypadek, kolizja.

O tym, jak mocno i w jaki sposób dane auto było uszkodzone, świadczy tzw. title, czyli status nadawany w USA każdemu autu, także tym po przygodzie. Mamy więc m.in.: flood (po zalaniu), salvage (zazwyczaj powypadkowy, czasem też po kradzieży) lub total loss (szkoda całkowita). Ale uwaga: niektóre z tych terminów wcale nie muszą oznaczać tego samego, co w Polsce, bo np. amerykański total loss brzmi bardzo groźnie, ale nierzadko bywa orzekany wobec pojazdów, które po naprawie zgodnej ze sztuką mogą jeszcze świetnie nadawać się do dalszej eksploatacji. Z kolei salvage często oznacza auto nadające się do odbudowy, ale... nie zawsze.

I właśnie ten argument o przejrzystej historii zwolennicy aut z USA traktują jako kluczowy. No bo przecież wtedy wiesz, co kupujesz, nikt cię nie oszuka. Czy zawsze tak jest? Owszem, ale pod warunkiem, że sprzedawca – jeszcze w USA – nie postanowił lekko podpicować rozbitego auta. By np. ukryć przed kupującym zdalnie handlarzem z Polski rzeczywisty zakres szkód. Czy tak też było w przypadku tego niebieskiego Passata?

Fakty są następujące: samochód od 2016 r. jeździł sobie po słonecznej Kalifornii, a gdzieś na początku br. wziął udział w kolizji. Potem został wylicytowany przez handlarza z Podlasia i trafił do Polski. Co ciekawe, Volkswagena nie naprawiono i prawie tak, jak stał, został wystawiony w polskim internecie. Czy dlatego, że faktyczny rozmiar zniszczeń przerósł handlarza i jego blacharza? Czy dlatego, że jeszcze w USA lekko poprawiono rzeczywistość, by Volkswagen wyglądał na mniej uszkodzonego? Czy może Passat został od razu kupiony z myślą o dalszej sprzedaży w takim stanie? Tego nie wiemy.

Mile? Kilometry? A co za różnica!

Opis z polskiego ogłoszenia brzmi w każdym razie dość zachęcająco. Do tego w miarę mały przebieg – w ogłoszeniu widnieje 105 tys. km. A że potem, klasycznie, okazało się, że to nie 105 tys. km, lecz 105 tys. mil? Ot, taka maluteńka różnica, kto tam zawracałby sobie głowę takimi drobnostkami, jak prawidłowe jednostki miary... Cena? 38 900 zł za lekko pokiereszowanego i nieprzesadnie bogato wyposażonego amerykańskiego Passata 1.8 TSI/160 KM też nie jest jakąś wyjątkową okazją. Egzemplarze z tego rocznika i z podobnym przebiegiem, ale nierozbite, kosztują zazwyczaj maksymalnie 50 000 zł. Naszą ciekawość wzbudza natomiast to, że sprzedający nie podaje numeru VIN. To znaczy numer w ogłoszeniu jest, ale zamiast prawdziwego VIN-u podano 17 razy cyfrę „1”. Czyżby ktoś nie chciał ułatwić zdalnej weryfikacji historii Passata? Sprawdzimy to na miejscu.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to przedni zderzak połapany na tzw. trytytki, ktoś wstawił też niepomalowany prawy przedni błotnik. Brakuje jednego reflektora i lamp w dolnej części zderzaka. Prawy próg jest przełamany, drzwi kwalifikują się do wymiany, choć mamy wrażenie, że i przy nich ktoś majstrował, bo na zdjęciach z USA – które namierzyliśmy potem, po wpisaniu w wyszukiwarce prawdziwego VIN-u – wyglądały chyba ciut gorzej.

Samochód z pewnością należałoby też wziąć na kanał lub podnośnik, żeby zweryfikować stan przedniego zawieszenia i układu kierowniczego, gdyż nie można wykluczyć, że część uderzenia przyjęło na siebie prawe przednie koło. Na szczęście pracownik komisu nie widzi w tym problemu, choć np. zapytany o to, czemu w ogłoszeniu przebieg podano w kilometrach, a nie milach, odpowiada znanym i lubianym handlarskim zwrotem: „A bo wie pan, to samochód kolegi. Poza tym my zawsze tak podajemy”. Brawo!

Sucha Kalifornia służy

Są jednak i dobre wieści. Poza przednią szybą wszystkie inne są oryginalne i zgodne z datą produkcji auta, opony jeszcze posłużą, hamulce wyglądają na całkiem świeże, do tego żaden element karoserii nie był malowany, choć całe nadwozie polerowano – ślady pasty polerskiej w zakamarkach nadwozia. Auto jeździło po suchej i słonecznej Kalifornii, więc jego podwozie wygląda – jak na 160 tys. km z groszem – w zasadzie wzorowo. Nie mamy też zastrzeżeń do wnętrza, bo nie jest może superbogate, ale zachowane w dobrym stanie. Na fotelach, kierownicy, guzikach i pokrętłach nie widać niemal żadnego zużycia. Te teoretycznie lepsze jakościowo europejskie Passaty potrafią po podobnym przebiegu wyglądać znacznie gorzej.

A zatem: brać czy nie? Trochę dziwne, że handlarz bał się ujawnić w ogłoszeniu VIN, bo samochód nie wyglądał w USA aż tak źle. Chyba że sprzedawca wie o czymś, czego nam podczas oględzin ustalić się nie udało. Gdyby cenę stargować np. do 31-32 tys. zł, wtedy byłaby to oferta bardziej godna uwagi. Pod warunkiem że dużych nakładów nie wymaga przednie zawieszenie, bo opowieści handlarza o tym, że „wystarczy tu włożyć 5000 zł i będzie jak nowy”, traktujemy raczej z przymrużeniem oka.