Ciśnienie oleju? 7 barów, wskazówka na zielonym polu, a więc wszystko w normie. Ciśnienie krwi? Podwyższone, z wyraźną tendencją wzrostową. Temperatura cieczy chłodzącej podnosi się, puls także – nie wiemy dokładnie, ile wynosi, ale serce bije jak młot. Obroty biegu jałowego i poziom adrenaliny lekko falują – prawy palec wskazujący za pomocą przycisku na kierownicy włącza pierwszy bieg.

Kolejność zapłonu 2-9-11-7-3-10-5-1-12-8-4-6, mocne bicie serca i oczekiwanie: kiedy w końcu będzie zielone światło? „Okay, we go” – mówi Peter, Niemiec, który od 20 lat jest instruktorem w Lamborghini. Prawdziwe zwierzę za kierownicą, ale w 570-konnym Gallardo Superleggera nie ma szans z „pomarańczowym złem na kołach”. Dwa wąskie zakręty i nasz „diabeł” znika z pola widzenia.

Spoglądamy w lusterko, by zobaczyć Gallardo, a tam napis: „Objects in the mirror may be larger than they appear” (obiekt w lusterku może być większy, niż się wydaje) – rzadko kiedy ostrzeżenie lepiej pasuje do sytuacji dziejącej się na naszych oczach, do gorącego środowego popołudnia na torze Vallelunga w pobliżu Rzymu.

Lamborghini mogło zorganizować jazdy testowe Aventadorem na zwykłych, otwartych dla ruchu drogach – wtedy z pewnością powiedzielibyśmy więcej o komforcie podróżowania, kompensowaniu nierówności, elastyczności silnika czy zerowej widoczności do tyłu, na którą nic nie można poradzić.Ale czy po takim teście mielibyśmy jakieś problemyz zaśnięciem wieczorem?

Jazdy na Vallelunga sprawiły, że sen przyszedł dopiero nad ranem, i to po długich męczarniach – po prostu adrenalina zrobiła swoje. Tak, właśnie takim pojazdem poruszałby się dziś Zorro, szybki wojownik w masce i pelerynie orazz nieodłączną szpadą.

Tor nieopodal Rzymu to bardzo szybko uzależniający udany miks różnego rodzaju zakrętów i prostych, zwłaszcza jeśli do dyspozycji mamy 700 koni, 690 Nm maksymalnego momentu obrotowego i napęd na obie osie. Aventador przyspiesza do „setki” w 2,9 s, czyli o 0,2 s wolniej od Bugatti Grand Sport wartego 1,7 mln euro. 200 km/h na zegarze pojawia się po 8,9 s, a 300 km/h – po 24,5 s.

Żeby osiągnąć prędkość maksymalną (350 km/h) potrzebujemy niecałą minutę. Także próby hamowania całkowicie zmieniają nasze dotychczasowe doświadczenia z samochodami, nawet sportowymi. Dzięki ceramicznym hamulcom jadąc początkowo 200 km/h auto zatrzymuje się po 128 m – opóźnienie jest tak duże, że w czasie hamowania niemalże czujemy przemieszczające się organy wewnętrzne.

Kierowca ma do wyboru trzy programy jazdy: strada (na zwykłe drogi), Sport (idealny do małych szaleństw na torze) oraz Corsa (dla szaleńców z dużym budżetem na opony). Przy niskich obrotach V12 nieśmiało „ćwierka”, za to przy 5,5 tys. obr. wyje jak wściekły pies (u kierowcy pojawia się obowiązkowa gęsia skórka), a przy 9 tys. docieramy niemalże do granicy bólu. Każda zmiana biegu dużymi łopatkami przy kierownicy to uczta dla samochodowych melomanów.

W stosunku do Murcielago auto ma znacznie precyzyjniejszy układ kierowniczy, a skrzynia 2-, a może nawet 3-krotnie szybciej zmienia przełożenia. ESP zestrojono raczej zachowawczo – jeśli za kierownicą siedzi ktoś, kto ma pojęcie o jeździe takim autem, może się czuć nieco zawiedziony. Gdyby przy średnich prędkościach system reagował później, nic by się nie stało.

Po 54 okrążeniach toru pod Rzymem bilans jest następujący: dwa komplety przednich opon i jeden tylnych, 124 litry benzyny oraz... stan przedzawałowy. Ale i tak warto było!