• W polskich komisach pojawiło się sporo samochodów z Niemiec spełniających normy emisji spalin Euro 4 i Euro 5 w bardzo dobrym stanie
  • Łatwiej niż kiedyś o samochód bez cofniętego licznika

Dzwonimy do handlarza ogłaszającego się na Otomoto.pl z pytaniem o jaskrawozielonego Citroëna Berlingo z 2012 roku, oferowanego za niemałą kwotę 29 900 zł. Auto na zdjęciach prezentuje się tak brzydko (kolor!), jakby ktoś pomalował je sprejem. Ale w ogłoszeniu napisano: „bezwypadkowy”, a dodatkową pokusą jest niski przebieg, zaledwie 140 tys. km. No to jedziemy (z nadzieją na „trafienie” ofiary). Auto stoi w komisie u kolegi, ale jak trzeba, to właściciel podjedzie. Auto naprawdę idealne, w świetnym stanie, nieporysowane, czyste, ma papiery...

Uderzony, a mimo to niezły

Jaskrawy kolor tak rzuca się w oczy, że samochód jest widoczny z daleka. Na pierwszy rzut oka pojazd trzyma się kupy. Wnętrze, jak na auto z Niemiec, wyjątkowo zadbane, może i czyszczone, ale to przecież widać, że nigdy nie było zaniedbane. W schowku, o dziwo, książka serwisowa, nie zginęły nawet zaświadczenia z przeglądów rejestracyjnych (a przecież dotąd, według zgodnych zeznań polskich handlarzy, nikt tam o takie rzeczy nie dba, bo i po co). Znaczy: przebieg autentyczny. Szukamy śladów zużycia i usterek, szukamy, no i jest: na niemalowanym tylnym plastikowym zderzaku po prawej stronie widać ślad po otarciu. Ma się rozumieć, tylne nadkole było malowane, na błotniku miejscami nie wystarcza skali w mierniku grubości lakieru. Choć na oko nie widać, ale stłuczka była, to była. Od spodu jednak usterek nie widać, uderzenie było powierzchowne, tylko naprawa byle jaka. Niemieckie ASO? Samochód mimo tej wady można uznać za znakomity jak na radomski komis. Cena na placu niższa od tej z ogłoszenia – 28 600 zł (do negocjacji). 

To nie ostatnie słowo handlarza...

A wie Pan, ja tu mam podobny samochód, trochę tańszy, a nawet lepszy – mówi sprzedawca. Istotnie, kilkadziesiąt metrów dalej stoi Peugeot Partner, bliźniaczy model. Auto starsze o półtora roku, ale w „normalnym” kolorze, również z dieslem 1.6, no i wyjątkowo dobrze wyposażone: na pokładzie m.in. automatyczna klimatyzacja i trzeci rząd siedzeń. Widocznych usterek brak, również nie zginęły papiery dokumentujące przeglądy i przebieg auta (a jest on niski – raptem 110 tys. km, co zresztą nie kłóci się ze stanem wnętrza!). Opony wprawdzie letnie (o tej porze roku od razu trzeba kupić komplet zimówek), ale w bardzo dobrym stanie i dobrej marki. Do wzięcia po opłatach za mniej niż 25 000 zł – wsiadasz i jedziesz. Dla rodziny jak znalazł, idealne auto również dla perkusisty (wyjątkowo pojemny bagażnik!). 

Niemcy zwariowali?

Jak to możliwe, skąd takie samochody z Niemiec, skoro tradycyjnie, zanim wyjadą za granicę, są tam zajeżdżane albo rozbijane do takiego stanu, że opłaca się je sprzedać Polakom choćby na wagę? Otóż odpowiedź tkwi w normie emisji spalin, którą dany samochód się legitymuje: zielony Citroën, droższy i chyba gorszy, ma Euro 5, czerwony Peugeot, nieco starszy (2010/11), ma Euro 4. A tymczasem strefa, do której w Stuttgarcie nie wolno wjeżdżać samochodami wyposażonymi w silniki Diesla, niespełniającymi normy Euro 5 lub wyższej, obejmuje prawie całe miasto! Diesle spełniające zaledwie normę Euro 4 stają się w Niemczech skrajnie nieprzyjemne w użyciu – a efekty tego widać choćby w radomskich komisach. Tymczasem jeszcze 2 lata temu samochody w takim stanie (używanym, ale nie zużytym) były dla polskich handlarzy nieosiągalne, bo za drogie. Jak to miło, że sąsiedzi dbają o środowisko!