• Znalezienie oryginalnego, nietypowego auta w ogłoszeniach nie jest wcale łatwe – czasem wymaga długotrwałych poszukiwań
  • Niektóre niszowe propozycje to prawdziwe „miny” – bez szans na zdobycie choćby podstawowych części zamiennych niezbędnych do ich utrzymania na chodzie
  • W przypadku aut, których na rynku jest niewiele, trudno określić właściwą cenę – ale zawsze warto ponegocjować
  • Więcej takich historii znajdziecie na stronie główniej Onet.pl

Te współczesne auta, one wszystkie są takie same – na pierwszy rzut oka trudno odróżnić, czy to marka X czy Y. Słyszeliście już takie opinie? Na pewno! Są grubo przesadzone! Żeby się przekonać, że oryginalnych propozycji nie brakuje, wystarczy nieco poszperać w internetowych ogłoszeniach – to często istny gabinet osobliwości! Co ciekawe, najczęściej te niszowe oferty nie są wyceniane przesadnie wysoko – sprzedawcy doskonale wiedzą, że znalezienie amatora, który się zdecyduje pójść pod prąd, nie jest wcale łatwe.

Zacznijmy więc przegląd rynkowych ciekawostek z ogłoszeń. Od jakich aut? To oczywiste! Pojazdy elektryczne są teraz w modzie, uchodzą za nowość (choć to nieprawda), a nie każdego stać przecież na to, żeby wydać na „elektryka” grubo ponad 100 tysięcy, bo mniej więcej od takich kwot zaczynają się oferty nowych pojazdów elektrycznych. W ogłoszeniach znajdziecie też i tańsze – niektóre z całkiem ciekawą historią!

Elektryczne auto nie musi być drogie

CitiEl – 19 999 zł to cena wywoławcza za rzucający się w oczy pojazd elektryczny, który mimo 30 lat na karku wciąż wygląda całkiem świeżo. W dodatku, to nie jeden z dziesiątek chińskich, nowych „mini-elektryków”, ale jedna z pionierskich konstrukcji europejskich, które trafiły na rynek po prostu zbyt wcześnie, bo już w latach osiemdziesiątych. Autko zostało skonstruowane w Danii, a model ten jest wciąż produkowany w Niemczech, choć w znikomych ilościach. Daje to jednak nadzieję, że w razie potrzeby będzie można kupić potrzebne części zamienne, albo zdobyć dokumentację potrzebną do naprawy. Jak już się znudzi – na pewno znajdzie się muzeum, które go przygarnie. Sprzedawca deklaruje, że prezentowany egzemplarz ma być dopuszczony do ruchu (ma szwajcarskie dokumenty i rejestrację), nowe akumulatory (!) – można go nawet zarejestrować na żółte tablice, choć zielone byłyby rozsądniejsze, żeby móc korzystać z buspasów i darmowego parkowania. Link do ogłoszenia.

Romet 4E – poprzednik Izery, czyli „polskiego auta elektrycznego”. O „polskim” aucie elektrycznym mówi się od lat i kilku producentów podejmowało wcześniej próby wprowadzenia takich konstrukcji na rynek, tyle że bez milionów wsparcia z pieniędzy podatników, więc z „mniejszą pompą”. Widoczny na zdjęciach pojazd, mimo naklejonych znaczków BMW, to Yogomo MA4E, czyli elektryczna, chińska wariacja na temat Toyoty Aygo, zmontowana w Polsce jako Romet 4E, niedoszła przyszłość polskiej motoryzacji. Autka te były składane na przełomie 2012 i 2013 roku, ale chętnych na nie nie było zbyt wielu. Moc to oszałamiające 5 kW, a dotychczasowy właściciel chyba nie polubił się z „elektrykiem”, bo przebieg tego wynalazku to zaledwie 10 tys. km przez 8 lat. Uwierzcie – uzyskanie takiego wyniku i tak musiało wymagać wielu poświęceń. Cena 11 685 zł. Dużo? Polskie klasyki ponoć dobrze trzymają ceny, a to przecież jedno z „polskich” aut elektrycznych!

Link do ogłoszenia.

Oczywiście, auta elektrycznie nie są dla każdego. Więc może coś małego, z napędem spalinowym? Może jakiś klasyk z Bloku Wschodniego? Syreny, Warszawy czy Wołgi zna niemal każdy, a ich ceny rosną z roku na rok. Gdzie tu oryginalność! My mamy dla was propozycję, która przetestuje motoryzacyjną wiedzę waszych znajomych i zapewni, że przy każdym tankowaniu czy parkowaniu w mieście, ktoś was zapyta, co to za auto (albo, czy zrobiliście je sami) – tego nie zapewni wam nawet Lamborghini!

Smz S3D – za jedyne 8500 zł – auto dla bohatera!

Prawdziwy, radziecki klasyk w wydaniu kieszonkowym. Pojazd w Polsce praktycznie nieznany, w Związku Radzieckim poruszali się nim często ludzie obwieszeni orderami – auto przyznawane było m.in. inwalidom wojennym. Ponad 450 kg solidnej, radzieckiej myśli technicznej upakowanej w mierzącym niespełna 2,6 metra eleganckim nadwoziu. Sprawdzony silnik z motocykla Iż 350 o mocy 18 KM, do tego radzieckie „webasto” zapewniające komfortowe (nie licząc oparów paliwa w kabinie) warunki podróżowania nawet zimą. Link do ogłoszenia

Renault Kangoo Be Pop – autko jak dla lalki Barbie

Ludzie kupują kombivany pokroju Renault Kangoo, Fiata Doblo czy Volkswagena Caddy głównie dlatego, że przy umiarkowanej cenie zapewniają one rewelacyjne właściwości użytkowe przy niewielkich gabarytach zewnętrznych. Wygląda na to, że ktoś w dziale marketingu albo w biurze konstrukcyjnym Renault był jednak innego zdania.

– Jaques, ludzie kupują Renault Kangoo, bo jest takie fajne i takie très chic. Zróbmy takie, które będzie jeszcze bardziej chic!

– Potrzymaj mi wino i bagietkę Paul, za chwilę coś takiego narysuję!

– Paul, ale co zrobiłeś z bagażnikiem?

– Jak to co? Wyciąłem, bo bagażniki nie są sexi!

Tak mniej więcej musiały wyglądać narodziny „lajfstajlowej” odmiany Renault Kangoo, czyli absolutnie nowatorskiego kombivana pozbawionego bagażnika, za to z ciekawym, otwieranym dachem, dwukolorowym malowaniem i mnóstwem szykownych detali.

Niestety, nabywcy się na nim nie poznali – to bardzo „limitowana” wersja z olbrzymim potencjałem kolekcjonerskim. Na plus: wielkoseryjna i tania technika.

Auto z 2009 roku z przebiegiem ok. 180 tys. km, z dobrym benzynowym silnikiem 1.6 16V (to nie diesel, w którym obracają się panewki) – wyceniono na 22 900 zł.

SUV-y i terenówki

Jakie auta – poza elektrycznymi – są teraz modne? Oczywiście SUV-y i terenówki. Modna, znaczy drogie, chyba że... poszukacie modelu mniej znanej marki. Oczywiście, mniej znanej u nas, bo w swoich ojczystych krajach to auta, które powstawały w setkach tysięcy egzemplarzy.

Mahindra CJ-540 – prawie Jeep prosto z Indii. Każdy, kto miał okazję pojeździć trochę Jeepami, doskonale wie, że auta te – obok mnóstwa zalet – mają też i dwie podstawowe wady: są umiarkowanie dobrze wykonane i z reguły paliwożerne. W indyjskiej kopii udało się przynajmniej częściowo ograniczyć apetyt na paliwo, montując poczciwego peugeotowskiego diesla o oszałamiającej mocy 62 KM. Klasyczny wygląd (ale tylko z zewnątrz – środek wygląda tak, jakby projektantowi zaszkodziła Tikka Masala popita wodą z Gangesu), świetne właściwości terenowe i absolutny brak komfortu – to wszystko, na co można liczyć. Egzemplarz z 1992 roku o przebiegu 52 tys. km wyceniony został na 15 tys. zł.

Tata Safari – marzy wam się nie za stary Jaguar albo Land Rover, ale macie ograniczony budżet? Nie ma problemu! Przecież indyjski koncern, do którego należą te renomowane, brytyjskie marki ma w swoim portfolio też i tańsze propozycje, np. model Tata Safari. Z bardzo daleka (albo przy dużej wadzie wzroku) można go pomylić z Nissanem Terrano. Dzięki bardzo konkurencyjnej cenie zauważalne ilości tych aut trafiły do sprzedaży w Europie, ale wartość rezydualna nie jest ich najmocniejszą stroną. Cena wywoławcza bezwypadkowego egzemplarza z 2008 roku, z napędem 4x4 i dieslem pod maską to niespełna 12 tys. zł – i pewnie można jeszcze ponegocjować.

Limuzyna z Chin

A może jakaś elegancki, przestronny, stateczny sedan, ale nie taki, jaki stoi na każdym rogu? Volkswagenów Passatów na popularnym portalu ogłoszeniowym znajdziemy ponad 7 tys. egzemplarzy. Nuda! Passata może mieć każdy! Co powiecie na Brilliance BS? Chiński konkurent prezentuje się (z pewnej odległości) całkiem okazale, a egzemplarz ze znikomym przebiegiem 27 tys. km pochodzące z 2007 roku można kupić za 10 500 zł. To najdroższa spośród 4 ofert sprzedaży tego modelu na popularnym portalu ogłoszeniowym! Na egzemplarz z przebiegiem 130 tys. km wystarczy 4600 zł – czyli mniej, niż na komplet wtryskiwaczy do Passata w „tedeiku” w zbliżonym wieku. Sprzedawcy z reguły zachwalają, że podzespoły do tego modelu pochodzą z Mitsubishi.

Auto z pomysłem na biznes

Brilliance jest za mało luksusowe? No cóż, sami tego chcieliście! Przed wami nie tylko samochód, ale i gotowy pomysł na biznes (choć chwilowo niepewny przez koronawirusowe ograniczenia). Co powiecie na Excalibura na bazie Lincolna Town Cara? To klasyczny ślubowóz – na zewnątrz niby klasyk, jak ze starych hollywoodzkich filmów, pod maską sprawdzona technika wielkoseryjnej limuzyny – na upartego nadaje się do codziennej jazdy, szczególnie jeśli ktoś lubi, kiedy zwracają na niego uwagę. Bentley przy tym to subtelne auto! Egzemplarz z 2006 roku o deklarowanym przebiegu 30 tys. km, z solidnym silnikiem V8 pod maską ma kosztować niespełna 60 tys. zł. Oczywiście, wożąc nowożeńców część tej kwoty da się odzyskać – a sprzedawca oferuje auto wraz z rezerwacjami na przyszły rok. My życzymy nabywcy szczęścia na nowej drodze życia!

Prawie jak Arrinera

Luksusowe limuzyny są może i fajne, ale co powiecie na ręcznie robione auto sportowe? Takie, żeby nie było ryzyka, że na ulicy spotkacie drugi, podobny egzemplarz? Nie nie piszemy tu o Koenigseggu, którego pierwszy salon otwarto niedawno w Polsce. Ani o Arrinerze, przed którą nieustannie jest świetlana przyszłość – ale do Arrinery już trochę bliżej! Auto oferowane pod niezwykle zachęcającą nazwą – Samochód okazjonalny CONCEPT sportowy – za 95 tys. zł. Treść ogłoszenia: „Sprzedam pojazd okazjonalny, sportowa sylwetka, dwukolorowa skórzana tapicerka, piękny lakier, kolor bordowy z dodatkami, dwuosobowy, może służyć nie tylko prywatnie ale też jako forma reklamy własnej firmy”.

Auto napędzane jest silnikiem o pojemności 3,5 litra, a po detalach w kabinie można przypuszczać, że dawcą był Chrysler Vision.

Pojazd jest dziełem manufaktury „Artystyczna Produkcja Aut Retro Nestor Baron” z pomorskiego Przodkowa – a sprzedawca ma w swojej ofercie więcej aut, które potrafią wprawić w stan osłupienia.

Kosmiczny kamper

W czasach pandemii Covid 19 rozkwitła moda na wakacje i podróże we własnym kamperze. Wiadomo: bezpieczniej i wygodniej niż samolotem, bo bez towarzystwa nieznanych osób i bez ryzyka odwołania podróży. Kampery sprzedają się jak ciepłe bułeczki, mimo wysokich cen. Tyle, że większość z nich to nudne białe budki na kołach – na kempingu ciężko czasem trafić do swojego pojazdu, bo wszystkie wyglądają prawie tak samo. Chcecie się wyróżnić z tłumu? Znaleźliśmy idealny pojazd! I to nie byle jaki! To Kamper Winnebago – kultowego, amerykańskiego producenta pojazdów turystycznych. Nie bójcie się jednak – tym razem nie będzie to auto z paliwożernym silnikiem V8, który pożre wakacyjny budżet już po pierwszych kilkuset kilometrach! Czasy są niepewne, więc trzeba oszczędzać! Przed wami Winebago Phasar – model zbudowany na bazie... Renault Traffic z lat 80. ! Oczywiście, dla amerykanów europejskie furgonetki z tamtych lat, z racji skromnych gabarytów nadawały się najwyżej na budę dla psa, a nie na kampera – ale Winnebago poradziło z tym sobie bardzo zgrabnie – za szoferką kabina się rozszerza. Pod maską pracuje benzynowy silnik o pojemności zaledwie 2.2 litra i mocy 90 KM. Przebieg to tylko 85 tys. km. Auto ma kuchnię, łazienkę z prysznicem, toaletę, ogrzewanie postojowe – ale przede wszystkim wygląda niczym pojazd żywcem wyrwany z filmu science fiction. To taki DeLorean w wersji mieszkalnej!