• W dniu, w którym doszło do wypadku, kierowca BMW zażywał narkotyki
  • Samochód, którym kierował Krzysztof P., nie należał do niego. Właściciel auta nie powinien był w ogóle mu go udostępnić
  • Autokar, do którego wsiadały dzieci, stał na wąskiej drodze pod kościołem. Ludzie chodzili po jezdni w środku nocy i w deszczu
  • Kierowca, który zabił dziecko i uciekł z miejsca wypadku, otrzymał pomoc w zacieraniu śladów ze strony rodziny i znajomych

Było tuż przed północą, gdy pod kościołem w Wawrowie niedaleko Gorzowa Wielkopolskiego rodziny z dziećmi pakowały bagaże do autokaru zatrzymanego przy drodze. Było ciemno i padał deszcz, widoczność raczej umiarkowana, ale też o tej porze ruch w tym miejscu bywa znikomy. Być może stąd pomysł, aby zatrzymać autokar po prostu przy drodze. Na mapach Google widać, że dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej, tuż przy rondzie, jest bezpieczna zatoczka z parkingiem, gdzie wszyscy byliby bezpieczni – ale wyjazd z niej autokarem na pewno nie jest zbyt komfortowy, trzeba cofać.

Od ronda do kościoła jest ok. 100 metrów, po drodze są dwa przejścia dla pieszych – jedno tuż za rondem, drugie przed kościołem. Droga jest naprawdę wąska, to w zasadzie ścisłe centrum miejscowości. W dzień czy w nocy nie da się tu szybko jechać – dozwolony limit to 50 km/h, ale na tym krótkim odcinku i ograniczenie do 30 km/h miałoby pełne uzasadnienie. Kierowca BMW nie jechał więc 200 km/h, pewnie nawet nie jechał "setką" – zwyczajnie nie ma tu jak się rozpędzić. Ale – skoro świadkowie mówią, że jechał szybko – musiał jechać z gazem mocno wciśniętym w podłogę. 70 km/h w tym miejscu to już o wiele za szybko. A powinien zwalniać, zbliżając się do przejścia dla pieszych – tak przynajmniej każe przepis. Autokar stał kawałek za przejściem.

Kierowca BMW, gdy uderzył i przejechał po 10-latku, jeszcze mocniej wcisnął gaz w podłogę. Nie próbował pomóc, zobaczyć, co się stało. Rozpoczął ucieczkę, która trwała nieco ponad pół doby.

Dowiedz się więcej:

Kierowca BMW uciekał i mógł liczyć na pomoc

Z początku nie wiadomo było nawet, jakiej marki był samochód sprawcy – było ciemno, a pojazd jechał szybko, panowało zamieszanie. Ktoś ruszył w pościg, zapamiętał początek numeru rejestracyjnego "PY". Na miejscu zostały kawałki reflektora, które zabezpieczono. Najpierw jednak próbowano ratować chłopca – najpierw policjanci, potem ekipa ratowników, która zabrała go do szpitala. Na próżno.

Przejazd samochodu oczywiście zarejestrowały kamery, nie wszystkie jednak skutecznie: ciemno, deszczowo, szybka jazda – w takich warunkach trudno o czytelny zapis numerów rejestracyjnych. Szansa jednak na uniknięcie złapania po takim wypadku jest znikoma, co jednak z trudem przebija się do świadomości wszelkiej maści piratów drogowych, pijaków, przestępców i kandydatów na przestępców. Kamer na trasie przejazdu jest tyle, że któraś w końcu nagra auto pod odpowiednim kątem. W razie wątpliwości, czy sprawca znajdował się w samochodzie, śledczym pomogą dane logowania jego telefonu w sieci – każdy ma telefon w kieszeni i każdy zostawia cyfrowe ślady.

Szybko "ułożono" brakujące znaki numerów rejestracyjnych samochodu – okazało się, że to pojazd marki BMW. Samochód był wzięty z wypożyczalni i jak każdy samochód z wypożyczalni, miał lokalizator GPS. Samochód szybko znaleziono w lesie ok. 20 km od Gorzowa Wielkopolskiego.

Znano już sprawcę, pozostało go zatrzymać. Udało się to w sobotę po południu – minęło zaledwie kilkanaście godzin od wypadku. Sprawca wsiadał do taksówki. Policjanci uważają, że chciał wyjechać z Gorzowa, ukryć się.

Kierowca BMW miał więcej na sumieniu

26-letni Krzysztof P., jak się okazało, w ogóle nie powinien dostać kluczyków do BMW – nie miał uprawnień do kierowania (jak podaje "Gazeta Lubuska" chodzi nawet o czynny zakaz prowadzenia pojazdów, złamanie go jest przestępstwem). Jak to się zatem stało, że udało mu się wejść w posiadanie auta? Udostępnienie samochodu takiej osobie to jednak tylko wykroczenie, za to nie idzie się "siedzieć".

Kierowca BMW miał przy sobie narkotyki i przyznał się do ich zażycia w piątkowe popołudnie. Pobrano mu krew do badań. Jednak na maksymalne zagrożenie karą to, czy był pod wpływem narkotyków, czy też nie, ma – z formalnego punktu widzenia – niewielkie znaczenie. Już sam fakt ucieczki z miejsca wypadku oznacza, że oskarżonemu (w poniedziałek Krzysztof P. ma usłyszeć zarzuty) grozi taka sama kara jak za prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości lub po użyciu podobnie działających środków. Według aktualnego Kodeksu karnego za takie przestępstwo grozi 20 lat więzienia.

Krzysztof P. pociągnie za kratki innych?

Jak ustalili policjanci, w ukryciu samochodu w lesie pomagali sprawcy wypadku brat i niespokrewniona kobieta. Osoby te już usłyszały zarzuty poplecznictwa – czyli pomocy w zacieraniu śladów.