• Awaryjne silniki potrafią spędzać sen z powiek właścicielowi aut, jednak awaryjna jednostka wcale nie musi doświadczyć awarii
  • Mój samochód jest uważany za ryzykowny, często jednak wystarczy kilka zasad, by unikać usterek
  • Auto ma już 17 lat i nigdy nie stanęło w trasie. Wiem, że zawsze mogę na nie liczyć
  • Więcej takich tekstów znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

Niemal każdy z producentów ma w swojej historii model samochodu lub silnika, który mu nie wyszedł i jest uważany za mocno ryzykowny w eksploatacji. Mówią o tym często rankingi awaryjności samochodów, a także liczne artykuły na temat sprawowania się danych modeli. Mój samochód, czyli Nissan Almera z francuskim silnikiem 1.5 dCi, jest właśnie przykładem takiego auta.

Dalsza część tekstu pod materiałem wideo

Świadomie poniosłem ryzyko

Warto tu podkreślić, że w gamie silnikowej Almery praktycznie nie ma silników polecanych. Co się więc może stać w 1.5 dCi? Są dwie główne bolączki — to obracające się panewki i bardzo czuły na jakość paliwa układ wtryskowy Common Rail. Jest na tyle delikatny, że zdarzały się sytuacje, gdy wtryskiwacze były wymieniane przy 60 tys. km, czyli nawet wcześniej niż pierwsza wymiana paska rozrządu. Z panewkami wcale nie było lepiej, wielu donosiło, że obrócenie się jednej z nich następowało przy 120 tys. km. Takie historie zdarzały się właścicielom pierwszej generacji małego diesla od Renault. Można więc powiedzieć, że jest to bomba zegarowa, która może zrujnować budżet. Mimo wszystko, jeszcze w czasach studenckich zdecydowałem się na jego zakup, mając z tyłu głowy, że może to być decyzja, której będę żałował.

Dlaczego w ogóle podjąłem to ryzyko? Bo znałem samochód od pierwszego właściciela, miał udokumentowany przebieg i naprawy. Poza tym auto było po prostu tanie, a spalanie tego silnika jest bardzo zadowalające. Ponadto ma wszystko, czego potrzeba do komfortowego przemieszczania się. Wiedząc jednak, że mam auto z motorem obarczonym wysokim ryzykiem awarii po prostu staram się im zapobiegać.

Silnik nie jest pucowany. Ma po prostu działać Foto: Mateusz Pokorzyński / Auto Świat
Silnik nie jest pucowany. Ma po prostu działać

Lepiej zapobiegać niż leczyć

Zagłębiając się w szczegóły głównych bolączek silnika, okazało się, że część z nich może wynikać ze złych zaleceń producenta. Zarówno Renault, jak i Nissan w książce serwisowej pisze, by wymiana oleju następowała co 30 tys. km. To może być przyczyna obracających się panewek i zacierającej turbosprężarki. Każdy mechanik powie, że tak rzadkie wymiany oleju to głupota, a wymiany powinny następować maksymalnie co 15 tys. km i to niezależnie od rodzaju silnika. Co ciekawe, to jedyny motor w książce serwisowej, gdzie zalecane są tak długie interwały. Drugi oferowany diesel miał zalecenie co 20 tys. km, a jednostki benzynowe co 15 tys. km. Ja wymieniam co 10-15 tys. km razem ze wszystkimi filtrami.

Kolejnym problemem są wtryskiwacze, które nie grzeszą trwałością, dlatego od początku podjąłem decyzję, że co jakiś czas będę tankował paliwo premium oraz wlewał dodatek czyszczący układ wtryskowy. Uznałem, że lepiej przy dystrybutorze zapłacić kilka złotych więcej niż potem mieć problemy. Dodatkowo niektóre sieci stacji benzynowych oferują od jakiegoś czasu lepsze paliwo w cenie zwykłego, dlatego nie jest to już dodatkowe obciążenie budżetu.

Oczywiście przestrzegam również podstawowych zasad eksploatacji silnika spalinowego, więc zanim motor się nie zagrzeje, nie wykorzystuję pełni jego potencjału. Od czasu do czasu korzystam także z pełnego zakresu obrotów i nie obciążam silnika na bardzo niskich obrotach i wysokim biegu.

Przez okres mojej eksploatacji wymieniłem ponadto sprzęgło (zaraz po zakupie, było przypalone i się ślizgało), komplet hamulców, rozrząd, łożysko w kole i reflektor, ponieważ luźny był odbłyśnik. Z typowych bolączek miałem jedną — zużyte poduszki silnika. Nic więcej, mimo że samochód ma już 17 lat.

Te litery wcale nie muszą oznaczać kłopotów, nawet w starszych autach Foto: Mateusz Pokorzyński / Auto Świat
Te litery wcale nie muszą oznaczać kłopotów, nawet w starszych autach

70 tys. km bezproblemowej jazdy

Auto odwdzięcza się bezawaryjną jazdą, silnik ma wysoką kulturę pracy, pali 4,5-5 litrów paliwa na 100 km w trasie (6 l w mieście) i na jednym baku potrafi przejechać 1000 km. Ponadto nigdy, nawet w największe mrozy, nie miałem problemów z odpalaniem (auto parkuję na dworze). Przejechał Polskę wzdłuż i wszerz, i nigdy mnie nie zawiódł.

Jest to więc zaskakująco bezawaryjny samochód jak na jego awaryjność. Mam szczęście? Być może, choć wydaje mi się, że występuje tu zasada "jak dbasz, tak masz". Mimo 17 lat na karku cały czas jeździ dobrze i nie straszy swoim wyglądem. Przeglądy także przechodzi bez problemu. Do dziś przejechał 163 tys. km.

Żeby nie było tak kolorowo, niestety japońska przypadłość, czyli rdza, powoli zaczyna trawić karoserię mojego Nissana. Z tym także liczyłem się od początku i niestety już niedługo będzie potrzebny blacharz. Auto jednak jest na tyle dobre, że prawdopodobnie mu to zafunduję.

Japońska blacha powoli poddaje się polskiemu klimatowi i soli drogowej Foto: Mateusz Pokorzyński / Auto Świat
Japońska blacha powoli poddaje się polskiemu klimatowi i soli drogowej

Nawet awaryjny silnik może być bezawaryjny, wystarczy przestrzegać kilku zasad. Dobrej jakości elementy zamienne, wymiany na czas i dbanie o dobry stan jednostki skutkuje tym, że nie mam powodów, by obawiać się wyjechania na drugi koniec Polski. Co więcej, wiem, że mogę to zrobić w każdej chwili i bez problemu dojadę tam, gdzie chcę.