Duża moc z dużej pojemności. To auto jest tak proste, jak większość Amerykanów. Jego konstruktorzy nie bawili się w modny w Europie downsizing czy ograniczanie emisji CO2. Sportowe auto ma szybko jeździć i ładnie wyglądać.

Oba te warunki Corvette spełnia. Od momentu pojawienia się pierwszej wersji (w 1953 roku) jest obiektem pożądania wszystkich kierowców, nie tylko w USA. Podczas pobytu w Ameryce mieliśmy okazję przez kilka dni podróżować Corvette. To były piękne dni... Nasze auto miało nadwozie typu targa, tzn. z wyjmowaną środkową częścią dachu.

Jeździliśmy wersją podstawową, wyposażoną w silnik 6.2 V8 o mocy 436 KM. Auto do „setki” zbiera się w 4,4 s, a prędkość maksymalna to 303 km/h! Wierzymy na słowo: USA to nie Niemcy, tu ograniczenia są wszędzie, a policja – bezwzględna. Poszaleć mogliśmy za to podczas ruszania spod świateł. Tu Corvette jest bezkonkurencyjna!

Kierowca i pasażer wbijani są w fotele, na dodatek towarzyszy temu przepiękny gang wchodzącej na obroty „V-ósemki”. Nie ma osoby, która by na ten dźwięk nie odwróciła głowy. Jazda nawet podstawową wersją Corvette to czysta przyjemność. Pierwsze wrażenie: ten samochód wcale nie jest tak brutalny w codziennym obcowaniu, jak mogłoby się wydawać.

Zawieszenie dobrze tłumi nierówności, więc nie ma żadnego problemu z tym, by poruszać się Corvette także po drogach o gorszej nawierzchni. Na pochwałę zasługują superwygodne fotele. Nawet kilkugodzinna jazda nie powoduje zmęczenia. Superauto w najtańszej, podstawowej wersji można w USA kupić za niecałe 50 tys. dolarów, czyli ok. 170 tys. zł. Tylko pozazdrościć!