• Hybrydy z dużymi bateriami to przyszłość motoryzacji bardziej realna niż auta na prąd - oczywiście Passat GTE nie spala tyle, co podaje producent
  • Montaż baterii na pokładzie Passata wymusił zmiany - pasażerowie z tyłu mają nieco mniej miejsca nad głowami, a bagażnik stracił kilkaset litrów
  • Problem z jazdą na prądzie jest taki, że w Polsce niemal nie ma ładowarek

Nie d się ukryć, że Volkswagen Passat to jeden z tych modeli, które bardzo często widujemy na naszych drogach, i to zarówno w dużych miastach, jak i w mniejszych miejscowościach. Passat z TDI to model rozchwytywanych w komisach i często sprowadzany z Zachodu. Nic dziwnego, to niezłe auto, choć u nas cieszące się może nieco zbyt wielką sławą i uznaniem. Niemniej, na świecie dotąd powstało około 22 mln Passatów, więc nie tylko Polacy je cenią. Są to jednak wozy zupełnie inne niż testowany Passat GTE. Ten nie ma pod maską diesla, lecz silnik benzynowy z turbo. I na tym nie koniec.

Volkswagen Passat GTE – prawie zerowa emisja

Oprócz 1,4-litrowej jednostki na benzynę o mocy 156 KM, mamy tu bowiem jeszcze silnik na prąd dostarczający kolejnych 116 KM. Ile mamy razem? Nie, proste dodawanie tutaj nie ma zastosowania. W przypadku hybrydowego układu zastosowanego w Passacie GTE 156 plus 116 równa się 218 KM. To jednak i tak sporo, tym bardziej że silnik elektryczny dostarcza też pokaźnego momentu obrotowego i to dostępnego od ręki, w każdej chwili. Krótko mówiąc, Passat GTE to naprawdę żwawe auto. Może nie jest to, jakby chciał producent elektryczne Gran Turismo, ale odwołanie do sportu może mieć – lekko naciągane – uzasadnienie.

Oczywiście cały zespół napędowy nie jest stosowany tylko w Passacie. Znamy go też z innego auta, a nawet dwóch: Golfa GTE oraz z hybrydowego Audi A3. Cóż, masowa produkcja pozwala przyciąć koszty i to akurat dobrze, bo może z czasem takie auta da się kupować taniej. Dobrze było, bo Passat GTE to naprawdę kawał dobrego samochodu, którego dużą zaletą jest to, że mimo obciążenia akumulatorami i elektrycznym silnikiem (to dodatkowe 250 kg w porównaniu z 2.0 TSI/220 KM) jeździ dokładnie tak jak zwykły Passat. Wcale nie gorzej.

Volkswagen Passat GTE – w mieście cichy jak myszka

A może nawet lepiej, szczególnie w mieście i w trybie elektrycznym. Zamontowanie pod kanapą Passata GTE litowo-jonowe akumulatory ważą 125 kg i mają pojemność 9,9 kWh. To wystarczy, by autem dało się przejechać według producenta około 50 km. Realnie wartość ta jest oczywiście mniejsza i przy temperaturach rzędu 10-15 stopni Celsjusza wynosi około 35 km. Taki przynajmniej wynik uzyskałem podczas codziennej jazdy w mieście. Stosowanie zasad oszczędnej jazdy pozwoliło uzyskać zasięg 44 km, ale z niemałym poświęceniem, przy bardzo delikatnym operowaniu gazem.

Tyle że te 35 km w zupełności wystarczy, jeśli oczywiście auto służy do dojazdu do pracy i z powrotem. Plus załatwienie jakiejś sprawy na mieście. I jeszcze jedno: zarówno w pracy, jak i w domu musimy mieć możliwość podłączenia auta do prądu. A ile trwa ładowanie baterii? Według producenta ze zwykłego gniazdka 230 V (pobór mocy 2300 W) potrwa to około 6 godz., jeśli zaś możemy skorzystać z punktu ładowania o mocy 3600 W, to czas ten spada do czterech godzin. Niestety, Passat GTE nie ma funkcji szybkiego ładowania z wykorzystaniem urządzeń o mocach 22 kW lub nawet 50 kW. Szkoda. Problemem jest też fakt, że w Polsce, nawet w dużych miastach, jest bardzo mało miejsc, gdzie można ładować auta elektryczne.

Volkswagen Passat GTE – plan ratunkowy

Dobrze zatem, że pod maską mamy też tradycyjny silnik spalinowy 1.4 TSI, który może pełnić wiele różnych funkcji. Gdy ruszamy z naładowanymi bateriami, auto pracuje w trybie e-mode, a TSI odpoczywa. Gdy jednak chcemy, można korzystać i z innych opcji. Aż czterech. W trybie hybrydowym poruszamy się najzwyklejszym samochodem spalinowo-elektrycznym, a układ przeniesienia napędu swobodnie żongluje między źródłami napędu, wykorzystując w tym celu m.in. 6-biegową przekładnię DSG (dwusprzęgłową). Wówczas średnie spalanie, jakie udało mi się uzyskać to około 7 l/100 km – to jazda autostradą z prędkością nieco ponad 140 km/h i po mieście, bez specjalnych wyrzeczeń.

Kolejny tryb to ładowanie baterii – w tym przypadku mocno obciążamy poczciwe TSI, bo nie dość, że wówczas napędza ono koła, ale też działa jako agregat prądotwórczy ładując baterie. Spalanie drastycznie rośnie – nawet do niemal 20 l/100 km. Kiedy taki tryb może się przydać? Ot, chcemy wjechać do strefy zarezerwowanej tylko dla aut na prąd (w Polsce takowych nie ma) albo cicho podjechać pod dom, by nie zwracać na siebie uwagi – z bliżej nieokreślonych powodów. Mamy jeszcze do dyspozycji tryb, w którym nie zużywamy energii z akumulatorów (wówczas jedyny napęd to spalinowe TSI) oraz ostatni, o nazwie GTE.

Volkswagen Passat GTE – trochę sportu

W trybie GTE teoretycznie wszystko podporządkowane jest osiągom i to właśnie przy tym ustawieniu da się uzyskać najlepsze przyspieszenie do setki. W praktyce tryb ten nazwałbym raczej hybrydą z dopalaczem. W testowym Passacie jego uruchomienie nie tylko poprawiało osiągi, ale też np. usztywniało zawieszenie, bo auto było wyposażone w amortyzatory o zmiennym stopniu tłumienia (opcja za 3160 zł). Wyostrza się też reakcja na gaz, a skrzynia DSG dłużej pozostaje na kolejnych biegach.

Nie znaczy jednak, że Passat GTE staje się wtedy sportowym autem. Nie, to nadal rodzinna limuzyna, ale nieco szybsza. I oczywiście prowadzi się ją doskonale. Wspomaganie kierownicy jest prawidłowo ustawione, precyzyjne i szybko reaguje na poczynania kierowcy. Nadwozie nie przechyla się, a koła zachowują dobrą przyczepność, nawet gdy jest nierówno. Przyzwyczaić się trzeba tylko do hamulców, które odzyskują energię, więc – przynajmniej na początku – działają nieco sztucznie. System stara się do hamowania wykorzystywać silnik na prąd.

Volkswagen Passat GTE – czy warto go kupić?

W Polsce zainteresuje raczej tylko hobbystów, bo miejsc do ładowania aut elektrycznych jest niewiele. Owszem, przyjemność z jazdy Passatem GTE jest spora, ale jego cena – ponad 170 tys. zł – jest równie imponująca. A musimy pamiętać, że auto jest nieco mniej funkcjonalne niż zwykły Passat. Tylna kanapa umieszczona jest wyżej, więc jest mniej miejsca nad głową i to o dobre cztery centymetry. Bagażnik też ucierpiał: zamiast 586 litrów ma tylko 402 litry objętości. Nie ma też koła zapasowego, a zamiast niego mamy opony run-flat. To kompromisy konieczne, by uzyskać przestrzeń na baterię. A jaka jest alternatywa? To choćby Volvo S60 Plugin albo BMW 330e. Zanim kupimy, warto zajrzeć do dealera.

Volkswagen Passat GTE – dane techniczne:

Pojemność skokowa i rodzaj silnika 1395 cm3, R4, turbo benz. + elektr.
Moc 156 KM przy 5000-6000 obr./min (spalinowy) + 116 KM przy 2500 obr./min (elektr.), 218 KM (cały system)
Moment obrotowy 250 Nm przy 1500-3500 obr./min (spalinowy), 400 Nm (cały system)
Skrzynia biegów i napęd 6-biegowy automat, napęd na przód
Prędkość maksymalna 225 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h 7,4 s
Średnie zużycie paliwa 1,8 l/100 km (producent)
Masa własna 1722 kg
Cena od 176 090 zł (testowany – 222 220 zł)