Wychodzi na to, że auta z Państwa Środka towarzyszyły mi łącznie przez 175 dni. To prawie pół roku. W zdecydowanej większości przypadków były to najpopularniejsze chińskie modele w Polsce. Jakiś więc ogląd jest.
Według danych PZPM w 2025 r. nowe auto kupiło w naszym kraju aż ok. 186 tys. osób fizycznych. Nikt już nie sprawdzi, ile z nich zastanawiało się, czy nie wybrać właśnie chińskiego samochodu — ale pewnie było ich sporo. Ostatecznie w zeszłym roku w Polsce zdecydowało się na to przeszło 23 tys. klientów indywidualnych.
Gdybym dziś kupował nowy pojazd, nie miałbym takiego dylematu. Dobrze wiem, czy wydałbym pieniądze na chińskie auto.
Mam trzy argumenty: jeden emocjonalny, jeden zdroworozsądkowy i jeden dalekowzroczny.
Czy kupiłbym chińskie auto? Powód emocjonalny
Odpowiedź jest prosta: nie. Nie kupiłbym dziś chińskiego auta. Bo to nie zmywarka.
Zmywarkę kupuję bez emocji, a jej marka nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Z samochodem jest zupełnie na odwrót.
Motoryzacją pasjonuję się od przeszło 40 lat. Europejskie, japońskie, koreańskie i amerykańskie marki poruszają mnie bardziej lub mniej, ale zawsze pozytywnie. Pisząc o samochodach, wyłączam te uczucia, zachowując chłodną bezstronność, ale prywatnie wolę jeździć autem producenta, który wywołuje u mnie dobre emocje, iskrę fascynacji, sentyment. Chodzi mi o to uczucie, kiedy w podłym humorze i w okropnie ponury dzień podchodzisz do samochodu i widząc jego logo, uśmiechasz się w duchu, myśląc: "fajnie, że cię mam".
Sęk w tym, że chińskie marki nie budzą we mnie żadnych emocji. Ani pozytywnych, ani negatywnych. Najprawdopodobniej dlatego, że nie towarzyszyły mi za młodu, kiedy najmocniej chłonie się świat.
PRL wyłączono, kiedy miałem 12 lat. Zresztą w pierwszych latach III RP nowe auta większości zagranicznych producentów też były wyjątkowo drogie. I chyba dziś najbardziej emocjonują mnie właśnie te marki, na które wtedy moja rodzina zwyczajnie nie mogła sobie pozwolić. Czyli na wszystkie poza FSM — i może jeszcze używanym FSO. O reszcie mogliśmy pomarzyć.
Dziś w końcu mogę spełnić część tych marzeń. A o chińskich samochodach wówczas nie marzyłem, bo w PRL-u i wczesnej III RP po prostu ich nie było. Owszem, dzięki znajomej z RFN i otrzymanego przez nią katalogu samochodów znałem Hongqi, Shanghaia i Xiali. Zdjęcia tych modeli nastrajały jednak do wielu rzeczy tylko nie do marzeń.
Powód emocjonalny może wydawać ci się płytki, ale nie kupiłbym chińskiego auta także z przyczyny zdroworozsądkowej.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Ile tracą na wartości chińskie auta?
Mądrzy ludzie mówią, że samochód wcale cię nie kosztuje tyle, ile zapłaciłeś za niego w salonie. Prawdziwa cena auta to różnica między pieniędzmi, jakie wydasz u dealera i tymi, które kilka lat później dostaniesz za ten pojazd na rynku wtórnym. Jeśli tak spojrzysz na sprawę, to chińskie samochody już wcale nie są takie tanie.
Nie kupiłbym dziś chińskiego auta, ponieważ nie mogę się pogodzić z ich ponadprzeciętnie dużą utratą wartości. W maju 2026 r. renomowana firma Info-Ekspert przygotowała specjalnie dla "Auto Świata" raport o spadku wartości ośmiu najpopularniejszych nowych modeli chińskich producentów wśród klientów indywidualnych w pierwszym kwartale 2026 r. w Polsce. Info-Ekspert wyliczył, ile te auta będą kosztować po pięciu latach eksploatacji przy średnim rocznym przebiegu 15 tys. km. Ranking mnie rozjechał.
MG HS straci 52,3 proc. swojej pierwotnej wartości — wbrew pozorom to najlepszy wynik w tym zestawieniu. Wartość ósmego w rankingu BAIC-a 3 zmaleje już o 58,1 proc. W tym samym czasie i na tym samym dystansie spadek wartości Kii Sportage wyniesie tylko 41,3 proc., a Toyoty C-HR 44,6 proc.
Wybaczcie, ale nie jestem na to gotowy.
Z drugiej strony mam wrażenie, że wraz ze wzrostem popularności i renomy chińskich aut w Polsce, będą one mniej tracić na wartości niż obecnie. O ile więc dziś jeszcze nie kupiłbym samochodu z Państwa Środka, o tyle za kilka lat — kto wie. Zwłaszcza że wiąże się to z moim ostatnim argumentem — tym dalekowzrocznym.
Czy Chińczycy istotnie tak szybko poprawiają swoje auta?
Krzysztof Wojciechowicz / Auto Świat
Omoda 5
Pamiętam, jak wiosną 2024 r. pod salonem dealera wsiadłem do jednego z pierwszych egzemplarzy Omody 5, który trafił do Polski (na zdjęciu powyżej). Spojrzałem we wsteczne lusterko i zamarłem. Myślałem, że siadł mi wzrok. Nie, to nie był wzrok. To lusterko mi nie siadło.
Okazało się, że wsteczne lusterko tak ekstremalnie pomniejszało obraz, że stawało się bezużyteczne. Ale gdy 2-3 miesiące później do Polski trafiła kolejna partia Omody 5, to auta miały już normalne lusterka.
Albo MG. W SUV-ach ZS i HS oraz hatchbackach MG3 i MG4 temperaturę, kierunek i siłę nawiewu klimatyzacji reguluje się w najgorszy możliwy sposób, czyli na ekranie. Tymczasem już w minimalnie nowszym MGS5 EV służą do tego wygodne pokrętła i przełączniki.
No szybko się uczą. I równie szybko wdrażają zmiany.
Auto Świat / Krzysztof Wojciechowicz
MGS5 EV
W najnowszej Omodzie — czyli Omodzie 7 — do regulacji klimatyzacji wciąż służy ekran, ale przynajmniej pasek z jej menu jest zawsze na wierzchu — nawet gdy korzystasz z Apple CarPlay. Tymczasem w niewiele starszej Omodzie 5 takiego paska nie ma: żeby więc z Apple CarPlay przejść do menu klimatyzacji, trzeba się nieźle naklikać.
A skoro chińscy producenci tak szybko udoskonalają swoje samochody, to z kupnem któregoś z nich wolę się wstrzymać kilka lat, czyli do debiutu kolejnej generacji. Bo z pewnością będzie jeszcze lepsza niż obecna.