Standardowo zacząłem rozmawiać z ludźmi i wtedy zrozumiałem — to nie są fani motoryzacji. To są fani elektromobilności. Oni z mojej kochanej motoryzacji wręcz szydzą. Nie tak dosłownie, nie krzyczą przecież "precz ze spalinami", ale to można wyczuć. Oni to noszą w środku, jakieś takie poczucie wyższości i lepszości. Nie wiem, czy chodzi o to, że są eko, czy o to, że mają kasę (elektryki jeszcze tanie nie są). A może o to, że ich zdaniem mają pasję do "lepszej" motoryzacji?

Dalsza część tekstu pod materiałem wideo

Nie wiem, ale chyba jest w tym poczuciu wyższości wszystkiego po trochu. Na tym zlocie nie było prawie wcale aut zmodyfikowanych (zwykle są same takie), a jak już na jakieś trafiłem, to wg. moich benzynowych standardów było ono paskudnie przerobione. Wtedy zrozumiałem. Tam spotkali się zwykli właściciele samochodów, którzy poszukują nowego hobby i akceptacji. To trochę tak, jakby klub mamuś zrobił sobie zlot samochodów, żeby pokazać, kto ma fajniejsze foteliki dla dzieci i lepszy patent na wożenie wózka. Byłby to zlot samochodów? Tak. Czy byłby zrozumiały dla miłośników motoryzacji? Raczej nie.

Od tamtej pory wiele razy miałem do czynienia z autami elektrycznymi i wiele razy rozmawiałem z ludźmi na ten temat. W Polsce, jak masz auto elektryczne, to co chwila ktoś cię zaczepia i pyta o jazdę elektrykiem. Ale to są po prostu ciekawi świata przechodnie i te rozmowy bardzo sobie cenię. Przez długi czas jakoś udawało mi się trafiać na puste ładowarki, przeprowadzać miłe pogadanki z przypadkowymi ciekawskimi i co najważniejsze unikać dziwnych, elektromobilnych osobistości, jakimi są kierowcy tych pojazdów. Aż do wczoraj. To było nieuniknione, że w końcu trafię w miejsce, gdzie "oni" się pojawią. Poprzedniego wieczoru ładując auto, przekonałem się, że moje zeszłoroczne pierwsze wrażenie było słuszne.

Gdy tylko podjeżdżałem do ładowarki, zauważyłem, że na najszybciej ładującym stanowisku stoi jakieś auto. Od razu się zdenerwowałem. Na stacjach benzynowych nie ma podziału na lepsze i gorsze dystrybutory, więc nie ma takiego problemu. Tutaj jest, bo ładowarki mają różną moc i w zależności od tego, którą wybierzesz, to ładowanie będzie trwało dłużej lub krócej. No i oczywiście jakiś "teślarz" zajął mi tę najszybszą i przez niego będę tutaj musiał siedzieć jakieś 40 minut dłużej. Tak, wiem, że aplikacje pokazują zajęcie stanowiska, ale on dopiero się wpinał — był tam sekundę przede mną i nie byłoby tego widać.

Podjechałem obok na "gorszą" ładowarkę. Chciałem tylko wpiąć gniazdo i iść do sąsiadującej knajpy (swoją drogą niezły patent z tym fast foodem tuż obok — wszyscy ładujący automatycznie idą na kawę i jedzenie). Nie udało mi się załatwić tego w milczeniu, bo właściciel Tesli i jego kilkuletni syn z wielkim tabletem z nadgryzionym jabłkiem zaczęli "gadkę". Najpierw między sobą. "Zobacz, ten pan ma nowe Mégane". "Tato, widzę. Sprawdzę jego dane, ale iPad nie łączy mi się z hotspotem".

No wiedziałem już wtedy, że to nastąpi, że będą do mnie mówić. Obawiałem się tego, bo jedyne co miałem ochotę powiedzieć temu człowiekowi, to oddaj mi mocną ładowarkę i zabierz temu maluchowi w okularach iPada. Ale nie — "teślarz" przemówił do mnie pierwszy. "Przepraszam, ile to może przyjąć?" W głowie myślę sobie, no nie — jeszcze teraz chce ze mnie szydzić, że moje miejsce jest na tej wolniejszej ładowarce, bo jego Tesla może "więcej przyjąć" i bardziej zasługuje na szybkie stanowisko. Odparłem: "Nie wiem. Gdyby było na benzynę, to bym wiedział", trzasnąłem drzwiami i poszedłem.

Jak już byłem w "bezpiecznej odległości", wziąłem głęboki oddech i pomyślałem, że co ja w ogóle robię i czemu moje myśli wykazują tyle negatywnych emocji wobec obcego człowieka — przecież on nie zrobił nic złego. Po prostu zabrał syna na wieczorne ładowanie ich amerykańskiego cuda techniki. I wtedy przypomniał mi się zlot, o którym wam napisałem już tutaj wyżej. Już wiem, czemu ten facet trafił na mój celownik — przecież to "fan elektromobilności". Jeden z tych, co gardzą moją kochaną motoryzacją.

Poszedłem zjeść kurczaka, którego wszyscy zamawiali w tym fast foodzie, i wróciłem do samochodu. Poza samym ładowaniem chciałem uwiecznić kilka kadrów Renault Megane E-Tech. Tesli już na szczęście nie było. Wyjąłem więc aparat fotograficzny i zacząłem robić zdjęcia. I nagle… podjeżdża kolejny. Tym razem Mustang Mach-E. Już cały przerysowany, ale to nieistotny szczegół. Robiąc zdjęcia Renault, zostawiłem otwarte drzwi kierowcy. No i te moje drzwi blokowały kierowcy Forda dostęp do (już wolnej) najszybszej ładowarki. Myślicie, że poczekał? Że uchylił szybkę i powiedział "przepraszam, nie mogę dojechać". Nie — trąbił i patrzył na mnie z miną obrażonego szeryfa. On także przyjechał z synem. Starszym chłopakiem, który nie patrzył w telefon. Gorzej, on już zdążył nauczyć się od ojca tego poczucia wyższości i patrzył razem ze swoim elektro — papą na mnie z tą znajomą pogardą. "Jak ja śmiałem zostawić otwarte drzwi i zablokować dojazd do najlepszego koryta?" Podszedłem i zamknąłem te drzwi. Myślicie, że spotkałem się z jakąś sympatyczną reakcją? Nic z tego. Podłączyli swojego "konia" i poszli na kurczaka. Swoją drogą to pasjonujące, jak spędzają czas z dziećmi właściciele elektryków. "Chodź synek, pojedziemy sobie na ładowarkę".

Oprócz dwóch "ojców roku" do stacji ładowania podjechała jeszcze jedna Tesla. Facet stanął sobie na ostatnim stanowisku, podłączył się i zaczął rozmawiać z kimś przez telefon. Bez żadnego zainteresowania nikim ani niczym dookoła. Sam patrzyłem na niego z zaciekawieniem, a gdy się zorientował, że to robię, skinął do mnie przyjaźnie. Zakłopotał mnie tym bardzo i pokazał, że nie każdy musi wpisywać się w stereotyp.

My pasjonaci motoryzacji jesteśmy w trudnym momencie na kartach historii samochodu. Nie możemy okradać Matki Ziemi z jej zasobów i musimy znaleźć alternatywę dla naszych ukochanych silników spalinowych. Przesiadamy się powoli do elektryków i nie ma w tym nic złego. Elektryczne auta są coraz bardziej dopracowane, pod wieloma względami są lepsze od spalinówek. To nie w tym tkwi mój problem. Problem, który mi będzie doskwierał jeszcze przez jakiś czas, to ludzie, którzy na konto "elektromobilności" próbują anektować sobie miłość do czterech kółek. Nie podoba mi się to, ale wiem, że z upływem lat to się zmieni. Czas leczy rany i podziały znikną lub się zmienią, ale póki co czarno widzę możliwość przyjaźni spalinowo-elektrycznej pomiędzy zapaleńcami obu frakcji. Niestety...