- Od lipca chińskie samochody elektryczne tymczasowo zostaną obłożone "karnym" cłem w wysokości 38 proc.
- Przyczyną obłożenia chińskich samochodów cłem są państwowe dotacje wspierające tę produkcję na każdym etapie
- Pekin ma miesiąc na kwestionowanie dowodów zgromadzonych przez KE
- Dużo czytania, a mało czasu? Sprawdź skrót artykułu
- Przeczytaj także: O supermandacie kierowcy dowiadują się podczas kontroli. Zostają bez pieniędzy i prawa jazdy
Śledztwo trwało zaledwie 9 miesięcy. Zaskoczenie?
Wstępne ustalenia unijnego dochodzenia wskazują, że łańcuch wartości związany z produkcją samochodów elektrycznych w dużym stopniu czerpie korzyści z nieuczciwego rządowego wsparcia w Chinach oraz że napływ subsydiowanego importu z Chin po sztucznie zaniżonych cenach stwarza zatem ryzyko dla lokalnych producentów.
Przedstawiciel KE stwierdził pojednawczo, że Unia nie zamierza zablokować importu elektrycznych samochodów z Chin, a jedynie doprowadzić do uczciwej konkurencji na tym polu. To jednak może nie wystarczyć do załagodzenia sytuacji.
Cła będą stosowane tymczasowo od lipca zgodnie z przepisami Światowej Organizacji Handlu. Przepisy dają Chinom cztery tygodnie na zakwestionowanie wszelkich dowodów przedstawionych przez UE. Jest oczywiście ryzyko, że Chiny – zgodnie z sugestiami wyrażanymi już wcześniej – wybiorą taktykę represjonowania europejskich producentów. Dla niektórych byłaby to prawdziwa katastrofa.
Zresztą i tak ci producenci, którzy produkują w Chinach na potrzeby europejskiego rynku, mają kłopot – takie są realia wojny handlowej. Zagrożeni są zresztą nie tyko wytwórcy aut. Pekin grozi, że poszkodowane mogą być także inne branże: producenci żywności, spirytusu, a także europejski przemysł lotniczy.