Pojechaliśmy do Kielc po używanego SUV-a. Fliper zaprowadził nas do blaszaka

Onet
Nie ma co ukrywać: po odkryciu zwoleńskiego zagłębia samochodów porozbijanych, z cofanymi licznikami, a przede wszystkim w dość nieprawdopodobny sposób przygotowywanych do sprzedaży, tym razem zdecydowaliśmy się na eksplorację komisów w Kielcach. I przyznajmy, od początku liczyliśmy, że będą ofiary. Kandydat był dość podejrzany: bezwypadkowy Tiguan sprowadzony z Niemiec (już samo to jest podejrzane – bo auta używane są w Niemczech zwykle droższe niż w Polsce, więc te, które do nas trafiają, z reguły mają jakieś wady). Do tego z umiarkowanym przebiegiem. 212 tys. km to – jak na auto z 2009 r. a więc prawie 14-letnie – mało. Niemiec kupił sobie nietanie auto z silnikiem Diesla, aby przejeżdżać nim kilkanaście tys. km rocznie? Wątpliwe.

Ukryty jak kielecki autohandel

Już z drogi dzwonimy do sprzedającego, by zapowiedzieć swoją wizytę. Nie da się inaczej, bo w ogłoszeniu podana jest miejscowość, ale bez konkretnego adresu. Właściciel jest gdzieś w trasie, ale ma się zorientować, czy ktoś pokazałby nam samochód. Oddzwania, że jest to możliwe, podaje adres. Jedziemy.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.

To jest materiał Premium

Dołącz do Premium i odblokuj wszystkie funkcje dla materiałów Premium:

czytaj słuchaj skracaj

Dołącz do premium
Skrót artykułu