Od dłuższego czasu mam potężny problem z klasyką gatunku. Nie da się omawiać wymogów proekologicznych, wymuszających pewne rozwiązania techniczne, żeby zaraz nie zaczęły latać w powietrzu (lub po sieci) inwektywy i oskarżenia o przekupstwo, choroby psychiczne lub zdradę interesów narodowych. Od razu powiem to, co jest oczywiste: ogromna większość tych rzekomo proekologicznych przepisów powstała w oparciu li tylko o hasła lobbystów, nigdy nie była konsultowana z jakimikolwiek specjalistami, fizykami, matematykami, konstruktorami, energetykami czy prawdziwymi ekologami-naukowcami. I większość tych przepisów jest głupia, nie ma nic wspólnego z nawet choćby rozsądkiem, o oparciu w nauce nie wspominając.

Ale punkt wyjścia jest jeden i ten sam – i jest on niepodważalny: gdyby nie upór aktywistów wbrew wszystkim, gdyby nie działania natury społecznej, sprzeciwiające się gigantycznym pieniądzom, bylibyśmy wciąż w sytuacji niewiele lepszej niż przed Wielkim Kryzysem Naftowym w 1974 r. A więc dusilibyśmy się w smogu powstającym w wyniku braku jakichkolwiek filtrów w przemyśle, systemów oczyszczania spalin, chorowalibyśmy na wszystkie możliwe choroby układów oddechowego i krążenia, śmiertelność niemowląt byłaby wysoka nawet w najwyżej rozwiniętych krajach, w większości zbiorników wodnych nie dawałoby się kąpać bez następstw natury co najmniej alergicznej, a przyroda powoli przestawałaby istnieć. Jak to by wyglądało, możemy sobie i dziś obejrzeć w niektórych Krajach Trzeciego Świata, które nie podlegają żadnym prawom proekologicznym – bo nikogo na zachowania proekologiczne nie stać.