Gdyby przed tym testem ktoś próbował nam wmówić, że prowadził komfortowo resorujące Mini, zapewne potraktowalibyśmy to jako żart. Długo musieliśmy czekać, aż legendarna marka uwzględni również tych nabywców, którzy niebanalny styl pragną połączyć z komfortem. Do tej pory nawet oszczędne Mini z dieslem miało twarde resorowanie. I wreszcie – jest!

Już pierwsze kilkaset metrów przejechanych za kierownicą auta, które pod względem wyglądu do złudzenia przypomina poprzednika sprzed liftingu, przekonuje, że „komfortowy” potencjał podwozia wreszcie został wykorzystany. Przedtem sprężyny zawieszenia były zbyt sztywne, by można było liczyć na delikatniejsze doznania. Owszem, odkąd Mini trafiło pod skrzydła BMW, stało się nową ikoną radości z jazdy po krętej drodze, ale w dziedzinie tłumienia nierówności nie wykazywało szczególnego talentu.

W przypadku testowanego egzemplarza jest jednak inaczej. Mimo że precyzja prowadzenia podczas niezbyt ofensywnej jazdy nie doznała uszczerbku, resorowanie stało się bardziej subtelne. Zawieszenie nie wstrząsa niepotrzebnie pasażerami, ale jednocześnie pozostaje na tyle sprężyste, by Mini świetnie trzymało się drogi. Studzienki kanalizacyjne, skrzyżowania z zatopionymi w jezdni torami tramwajowymi, „tarka” przed światłami – wszystko to przestało burzyć spokój kierowcy i nie jest już groźne. Brawo!

O ile harmonijnie resorujące zawieszenie to osobliwość w rodzinie Mini, o tyle kolejna cecha tej marki jest ciekawa, nawet w bardziej globalnym ujęciu. O co chodzi? Niektóre firmy, aby uczynić ofertę jak najbardziej bogatą, montują pod maskami swoich aut silniki o przeróżnych pojemnościach. To dobrze wygląda w katalogach, ale podnosi koszty produkcji, bo zwykle każdy motor montowany jest na oddzielnej linii produkcyjnej i ma odmienną konstrukcję.

Mini (czytaj: BMW) woli zarabiać, niż wydawać, dlatego jesteśmy świadkami dość niecodziennego wydarzenia: oto każdy silnik z palety ma pojemność 1598 cm3. Bo po co ją zmieniać, skoro wystarczy manipulować mocą? Parafrazując maksymę Henry’ego Forda: możemy sobie zażyczyć Mini z dowolnym silnikiem, byle była to jednostka 1.6. Nieważne, czy benzyniak, czy diesel. W przypadku naszego testu chodzi o ten pierwszy.

Komuś, kto wie, że benzynowe Mini może mieć (z pomocą turbodoładowania) ponad dwieście koni mechanicznych, trudno będzie uwierzyć w to, że można je aż tak „przytkać”, by moc spadła do... zaledwie 75 KM! Tak, to nie żart, od takiego pułapu startuje najsłabsze Mini One.

Testowany egzemplarz nie był aż takim słabeuszem i krył pod maską 98 rumaków. Czy to dużo, czy mało? Jak na autko ważące 1135 kg – powinno wystarczyć. I z pewnością by wystarczyło, gdyby nie ekologiczna nadgorliwość konstruktorów, którzy wyposażyli Mini w skrzynię biegów o bardzo długich przełożeniach po to, aby maksymalnie obniżyć katalogowe spalanie. Niestety, takie rozwiązanie podcięło silnikowi skrzydła.W efekcie nawet ruszanie wymaga niepotrzebnej „gimnastyki”. Aby łagodnie wystartować, trzeba albo wkręcać silnik na bezsensownie wysokie obroty, albo długo nie odpuszczać sprzęgła. Prowadząc delikatnie, łatwo zgasić motor. Kiedy przebrniemy przez niskie biegi i dotrzemy do „piątki”, okaże się, że w zasadzie mogłaby ona być „szóstką”, bo obroty silnika są na tyle niewysokie, że pozwalają podróżować w komforcie, zostawiając jeszcze niewielką rezerwę dynamiki. Szósty bieg tej rezerwy nie daje. Ktoś może powiedzieć, że tak ma być, ale jesteśmy przekonani, iż bardziej dynamicznie zestopniowana skrzynia znacznie rozciągnęłaby uśmiech na twarzy kierowcy.

Czepiamy się detali? Skoro odmłodzenie gamy Mini miało na celu dopieszczenie szczegółów, to po prostu się na nich skupiamy. Na przykład: pozycja za kierownicą. Nie dyskutujemy o estetyce kokpitu, ale producent mógłby bardziej przyłożyć się do ergonomii. I nie chodzi o gąszcz podobnych przełączników ani o gadżeciarski prędkościomierz. Okazuje się, że kierowcy o wzroście ponad 180 cm mogą mieć problem z pewnym uchwyceniem kierownicy – mimo możliwości jej regulacji po odsunięciu fotela kolumna jest tak daleko od oparcia, że dotykamy jej opuszkami palców. A to nie sprzyja sprawnej, bezpiecznej jeździe. Ot, taki szczegół do poprawki przy następnej okazji. Tym razem ktoś go przegapił.

W jednej kwestii importer ekskluzywnej marki pozostaje nieugięty: Mini One nie ma klimatyzacji w standardzie. Kto kupi takiego „golasa”? Pewnie nikt, ale dzięki temu można sztucznie zbić katalogową cenę. Czy taki marketing jest trendy i pasuje do Mini? Oceńcie sami!

PODSUMOWANIE - Dla kogoś, kto czerpie radość z prowadzenia auta z harmonijnie zestrojonym zawieszeniem, Mini One będzie świetnym prezentem. Jeżeli na dodatek przyszły kierowca-właściciel ma nie więcej niż metr osiemdziesiąt wzrostu, na pewno się ucieszy. Temperament silnika niepotrzebnie ogranicza nadgorliwie ekopoprawna skrzynia biegów ze zbyt długimi przełożeniami.