Dzięki Toyocie Mirai wizja samochodu, z którego rury wydechowej wydobywa się tylko woda, jest bliższa niż kiedykolwiek – żeby jednak zasmakować jego walorów, musieliśmy się wybrać do Niemiec. Tam bowiem znajduje się najbliższa stacja, na której można tankować wodór.

Toyota jako pierwsza na świecie odważyła się uruchomić seryjną produkcję auta z wodorowymi ogniwami paliwowymi. Dokładny schemat funkcjonowania tego systemu pokazujemy w galerii.

W skrócie jest to rozwiązanie, które pozwala na pokładzie samochodu wytwarzać z wodoru prąd i napędzać nim silnik elektryczny. W stosunku do tradycyjnych aut na prąd, ładowanych z gniazdka, zaletą jest czas potrzebny na uzupełnienie paliwa lub energii. O ile ładowanie akumulatorów nawet w przypadku słupków z trójfazowym prądem potrafi trwać godzinami, o tyle tankowanie wodorem 5-kilogramowych zbiorników Miraia zajmuje kilka minut.

Przyjmując fabryczne zużycie wodoru na poziomie ok. 800 g na 100 km, Toyota Mirai pozwala przejechać na jednym tankowaniu ponad 500 km – wynik nieosiągalny dla aut elektrycznych przy obecnym stanie zaawansowania akumulatorów. Podczas jazdy miejskiej zmierzyliśmy zużycie wodoru w Miraiu – osiągnęło poziom 1,7 kg/100 km.

Mimo całej skomplikowanej techniki, żeby jeździć Miraiem, nie trzeba mieć doktoratu z chemii – wystarczy nawet dwója na świadectwie maturalnym. Auto uruchamia się normalnie, trwa to kilka sekund. Podczas jazdy słychać ciche syczenie i bzyczenie – w końcu układ pracuje pod wysokim ciśnieniem. Jednak co do zasady Mirai jeździ jak każdy inny samochód elektryczny, czyli maksymalna moc jest dostępna od zera.

Poprawkę trzeba wziąć jedynie na wysoką masę auta. To nie jest przyjaciel szybkich zakrętów. Toyotę Mirai prowadzi się ciut ociężale, ale jest wystarczająco dynamiczny. Komfort może zaburzać jedynie głośność pracy tylnego zawieszenia – hałas przenosi się na butlę, która działa rezonująco.

Choć Toyota Mirai podczas jazdy nie emituje szkodliwych spalin, to są jednak pewne „ale”. Tankowany wodór powstaje w wyniku energochłonnego procesu produkcyjnego, który – dopóki nie wykorzystuje odnawialnej energii – ma negatywny wpływ na środowisko.

To samo dotyczy samego wytwarzania samochodu. Produkcja Toyoty Mirai jest na tyle skomplikowana, że odbywa się na tej samej linii w Toyota City w Japonii, z której jeszcze kilka lat temu zjeżdżały Lexusy LF-A. Docelowo ma powstawać 3 tys. Miraiów rocznie.

Co ciekawe, Toyota ujawniła patenty rozwiązań technicznych Miraia, żeby zachęcić konkurencję i poddostawców do ich rozwoju. I tu dochodzimy do kolejnej kwestii – infrastruktura. W Niemczech jest dziś tylko 19 stacji, na których można tankować wodór. To i tak o 19 więcej niż w Polsce, dlatego Toyota Mirai na razie w ogóle nie będzie oferowana na naszym rynku.

W ciągu najbliższych kilku lat nasi zachodni sąsiedzi chcą rozbudować sieć do 400 punktów tankowania wodoru. Do tego czasu egzemplarzowi, którym mieliśmy okazję jeździć, pozostanie już tylko kilkanaście lat życia. Homologacja głównych podzespołów auta, w tym zbiorników, w których wodór utrzymuje się pod ciśnieniem blisko 700 barów, jest bowiem ważna tylko do stycznia 2035 r.

Tu chodzi o bezpieczeństwo – nie chcielibyście doświadczyć rozszczelnienia zbiornika z wodorem z bliska, ale te w Miraiu wytrzymają ponoć nawet to, że ktoś skasuje tył waszego auta. Co po 2035 r.? Dziś jest jeszcze zbyt wcześnie na odpowiedź na to pytanie. Ale na pewno Toyota imponująco zapoczątkowała być może jedną z najważniejszych zmian w historii motoryzacji.

Toyota Mirai to nam się podoba - odwaga Toyoty – auto dobrze jeździ i samo w sobie nie wymaga wyrzeczeń. Brakuje tylko stacji.

Toyota Mirai to nam się nie podoba - zupełnie subiektywnie: czy naprawdę nie można było tego zapakować w ładniejszą karoserię?

Toyota Mirai - nasza opinia

Toyota nie jest jedyną firmą, która eksperymentuje z wodorem, ale pierwszą, która odważyła się robić to na taką skalę. Owszem, Toyota Mirai jest droga, ale tak to bywa z wynalazkami na początku. Mnie ten start w pełni przekonał.