• Zbrodnia połaniecka to bezprecedensowa sprawa w historii polskiej kryminalistyki. Morderstwo popełniono na oczach kilkudziesięciu mieszkańców wsi, w której później zapanowała zmowa milczenia
  • Zamordowano młodą kobietę w ciąży, jej świeżo poślubionego męża i nieletniego brata. Wszyscy troje byli bezbronni i nie spodziewali się ataku ze strony dobrze sobie znanych ludzi sąsiadów i krewnych
  • Motyw zbrodni ma długą historię, nienawiść sprawcy do rodziny ofiar narastała przez lata. Kluczem do zagadki była też szczególna osobowość głównego inicjatora zabójstwa, zwanego "królem Zrębina"
  • Dwaj główni sprawcy Jan Sojda i Józef Adaś zostali skazani w 1978 r. na karę śmierci przez powieszenie. Wyrok wykonano w 1982 r. w krakowskim areszcie śledczym
  • Więcej takich historii znajdziesz na stronie głównej Onetu

Od pamiętnej zbrodni, która wydarzyła się na drodze pomiędzy Zrębinem a Połańcem w dzisiejszym woj. świętokrzyskim (ówczesnym tarnobrzeskim), minęło już 45 lat, ale to zdarzenie wciąż budzi silne emocje. Może dlatego, że zabójcy wstali od wigilijnego stołu, przy którym zapewne przełamali się opłatkiem z bliskimi, pomodlili się w kościele, napili wódki i z zimną krwią, drągami zarąbali troje młodych ludzi, w tym kobietę w ciąży i 12-letniego chłopca. Potem przejechali po ciałach autobusem. Wszystko na oczach około 30 osób mieszkańców wsi, którzy po morderstwie jakby nigdy nic udali się do kościoła na pasterkę. A wcześniej jak donoszą źródła podpisali własną krwią oświadczenie, że nikomu nie pisną ani słowa. Bo w przeciwnym razie spotka ich to samo.

Zbrodnia zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach

Tej nocy wszystko potoczyło się szybko, Jan Sojda i jego kompani zadbali nawet o alibi dla siebie i świadków. Na wypadek, gdyby milicja nie kupiła ich ustawki z autobusem i zaczęła drążyć sprawę.

Krystynę wraz z mężem i bratem podstępem wywabiono z kościoła. Ktoś szepnął jej, żeby wracała szybko do domu, bo tam awanturuje się jej pijany ojciec. Więc we troje wyruszyli w noc. Chwilę po nich spod kościoła ruszył autobus, San H100, który wcześniej przywiózł na nabożeństwo mieszkańców Zrębina. Większość z nich jednak, zamiast się modlić, siedziała w autobusie i piła wódkę. I prosto z tej libacji Sojda kazał im jechać, chciał mieć świadków zbrodni i swojej bezkarności.

W pewnym momencie idącą poboczem trójkę ludzi: Krystynę, Stanisława i Mieczysława wyprzedziły reflektory samochodu. To był fiat 125 p., taksówka, zaraz za nią jechał autobus z uczestnikami przykościelnej popijawy. Auto osobowe potrąciło 12-letniego Miecia, brata Krystyny. Chłopiec upadł, a ona z mężem podbiegli do niego. W tym momencie Stanisława zaatakowano kluczem do autobusowych kół i metalowym prętem. Krystynę też, chociaż próbowała uciekać. Wszystkiemu towarzyszyły krzyki zaatakowanych, płacz potrąconego, przez chwilę jeszcze żywego chłopca.

Kiedy już byli martwi, Jan Sojda i jego szwagier Józef Adaś przejechali po nich kołami autobusu. Miało to wyglądać na wypadek i bandycki napad, bo Krystynę z kolei upozowano na pobitą i zgwałconą, zdjęto jej ubranie i ułożono ciało przy autobusie.

Zobacz także: Zabił za 20 zł i butelkę wody. Mordercy z tylnego siedzenia taksówki

Przysięga i krwawe podpisy świadków

Już wcześniej podstawiono drugi autobus — Autosana, do którego kazano się przesiąść pasażerom z wioski. Tym, którzy całe zdarzenie obserwowali przez zaparowane szyby Sana. Kazano im też przysięgać na różaniec i własną krwią z przekłutych agrafką palców podpisać upiorny cyrograf. Mieli nigdy nikomu nic nie powiedzieć. Podobno niektórzy milczeli jak grób do końca, nawet naciskani przez prawników na sali sądowej. "Król Zrębina" miał też dać wszystkim łapówkę. Do dzisiaj nie wiadomo, skąd miał aż tyle pieniędzy, by przekupić ok. 30 świadków.

Zbrodnia połaniecka Foto: PAP
Zbrodnia połaniecka

Bezkarny "król Zrębina"

48-letni Jan Sojda główny sprawca i inicjator zbrodni był nazywany "królem Zrębina", co wynikało po części z jego stanu majątkowego i koneksji, którymi zwykł się przechwalać. Był zamożnym gospodarzem, który jako jedyny we wsi posiadał wtedy ciągnik i telefon, co automatycznie ustawiało go na wysokiej pozycji. Pełnił też przez pewien czas funkcję ławnika, co przyniosło mu społeczny prestiż. "Odgrywał urzędnika. Charakterystyczny wąsik, beret z antenką, w klapie marynarki widoczne trzy długopisy, a w ręku skórzana teczka" tak zapamiętał Jana Sojdę jeden z byłych funkcjonariuszy wydziału dochodzeniowo-śledczego w Tarnobrzegu, cytowany przez Onet.pl.

Jednak nie chodziło tylko o stan posiadania i ogólną "ważność". Sojda miał też pewien rodzaj charyzmy, który, w połączeniu z jego pewnością siebie i bezwzględnością, sprawiał, że ludzie tańczyli tak, jak im zagrał. Bali się go. A on lubił być w centrum zainteresowania i podkreślać swoją bezkarność. Podobno właśnie dlatego na "robotę" zabrał ze sobą autobus pełen pijanych i przerażonych mieszkańców Zrębina i okolic.

Zobacz także: Usunął fotel i klamki, żeby łatwiej mordować

Spirala nienawiści

Morderstwo w wigilijną noc z 24 na 25 grudnia 1976 r. miało swoje źródło już kilka dekad wcześniej. Nienawiść między mieszkańcami Zrębina i okolicznych wiosek (gdzie niemal wszyscy byli ze sobą spokrewnieni lub spowinowaceni) ciągnęła się przez lata. I bynajmniej nie było to pierwsze związane z rzekomym konfliktem zabójstwo. Głównym wrogiem Sojdy był Jan Roj, dziadek zamordowanych Krystyny i Miecia, który po wojnie stał się gorliwym wyznawcą nowej władzy. Kiedy młody Jan Sojda zgwałcił dziewczynę, z którą pracował w polu, Roj pomógł milicji doprowadzić go do aresztu.

Sojda odsiedział za kratkami kilka miesięcy, wrócił z żądzą zemsty. Kilka lat później na terenie jego obejścia został zastrzelony niby przypadkiem 10-letni syn Roja Marian. Strzelał znajomy Sojdy, który niedługo potem zginął w rzekomym wypadku samochodowym. Jednak Sojdzie nigdy niczego nie udowodniono. Zwiększyło to jego poczucie bezkarności, które później ułatwiło mu dokonanie kolejnych zbrodni.

Oliwy do ognia dolał incydent na weselu Krystyny i Stanisława późniejszych ofiar morderstwa. Siostra Sojdy, która pomagała przy organizacji, miała wynosić potajemnie jedzenie i "król Zrębina" był oburzony posądzeniem jego rodziny o pospolitą kradzież kiełbasy. Miał już podczas weselnej imprezy wygłaszać pogróżki pod adresem młodej pary.

Zobacz także: Po 45 latach odnaleziono samochód zaginionego studenta

Zmowa milczenia i śledztwo pełne błędów

Wróćmy do wigilijnej nocy w 1976 r. Po morderstwie i upozorowaniu wypadku zabójcy sprawnie zaaranżowali dalszy ciąg zdarzeń. Autosan zawiózł mieszkańców wsi z powrotem do kościoła. Wrócili na pasterkę, śpiewali kolędy, potem znów do autobusu i powrót do domu. Ze zwitkiem banknotów w kieszeni i straszną tajemnicą w sercu. Po drodze trafili oczywiście na scenę rzekomego wypadku.

Wezwano milicję, która po krótkich oględzinach zakwalifikowała zdarzenie jako wypadek. Szybko i bez zbadania śladów, chociaż scena podobno zaimprowizowana została dość nieudolnie i na pierwszy rzut oka była fałszywa. Późniejsze śledztwo też prowadzone było niemrawo i z licznymi błędami po drodze. Na przykład przekazano do kasacji autobus, zanim zbadano pozostawione na nim ślady. Ciała zmarłych pochowano po niezbyt dokładnej sekcji zwłok wykonanej przez lekarza bez uprawnień, który w dodatku wpisał do raportu nieprawdziwe informacje. Podobno na pogrzebie to Sojda niósł jedną z trumien.

Zmowa milczenia we wsi panowała jeszcze długo. Ale z wyjątkami, znaleźli się bowiem tacy, którzy od początku mieli podejrzenia, że coś jest nie tak i to m.in. dzięki ich zeznaniom udało się w końcu aresztować sprawców. Niestety, znów nie bez ofiar. Zabójcy nękali miejscowych "sprawiedliwych", jednemu z nich podpalili stodołę, innego z kolei znaleziono martwego w strumieniu, gdzie rzekomo się utopił.

Zbrodnia połaniecka Foto: PAP
Zbrodnia połaniecka

Kara i znaki zapytania

Mimo wszystko śledztwo posuwało się do przodu. Ekshumowano zwłoki i zrobiono kolejną sekcję. Przesłuchano 232 świadków, w tym jednego 14 razy, 38 odwołało swoje zeznania, 18 podejrzanych o fałszywe świadczenie trzeba było aresztować. Sędziowie 88 razy nakładali na mataczących świadków kary pieniężne.

Żmudny i skomplikowany proces sądowy zakończył się dwiema zasądzonymi i wykonanymi karami śmierci, dwoma wyrokami 25 i 15 lat więzienia dla dwóch sprawców i kilkunastoma krótszymi karami za utrudnianie śledztwa. Sojdę i Adasia powieszono 23 listopada 1982 r., w krakowskim areszcie śledczym.

Chociaż sprawa zakończyła się ponad 40 lat temu, wciąż nie brakuje znaków zapytania. "Jest wokół niej wiele wątpliwości i niedomówień, które moim zdaniem powinny zostać wyjaśnione. Ale to wymaga powtórnej analizy tamtych zdarzeń" powiedziała w rozmowie z Onet.pl Anna Zielińska-Brudek, wieloletnia rzeczniczka prasowa Komendy Policji w Tarnobrzegu, później w Wydziale Ruchu Drogowego w Kielcach.

Jej zdaniem brakuje m.in. odpowiedzi na pytanie, skąd główny inicjator zbrodni wziął pieniądze na przekupienie tak wielu świadków. Co stało się tak naprawdę z ludźmi, którzy podpadli mordercy i stracili życie w niewyjaśnionych okolicznościach? Skąd wreszcie taka mentalność mieszkańców Zrębina, która pozwoliła im zataić szczegóły bestialskiej zbrodni?

Bezprecedensowość zbrodni połanieckiej stała się inspiracją dla twórców kultury. Na jej podstawie powstała książka Wiesława Łuki, reportażysty tygodnika "Prawo i Życie" pt. "Nie oświadczam się". Roman Bratny napisał na motywach tej sprawy powieść "Wśród nocnej ciszy". Powstał film pt. "Zmowa" w reżyserii Janusza Petelskiego. Sprawa została przedstawiona w serialu dokumentalnym "Paragraf 48 - kara śmierci". Odniesienia do morderstwa w Zrębinie pojawiają się również w innych utworach literackich i muzycznych.

Źródła: "Rzeczpospolita", Onet.pl, TVN24.pl