• Taksówkarzy zabijano z różnych powodów, choć głównym czynnikiem była chęć szybkiego wzbogacenia się. Wiele z tych spraw nigdy nie zostało wyjaśnionych
  • Zwłok jednego z zabitych kierowców nie znaleziono do dziś. Mimo to zapadł wyrok w tej sprawie
  • Dziś taksówkarze nie wożą przy sobie tak dużo gotówki, a ich pasażerowie nie są anonimowi. Napady wciąż jednak się zdarzają
  • Więcej takich tekstów znajdziesz na stronie głównej Onetu

Obecnie przewozy w większych miastach zostały zdominowane przez aplikacje mobilne. Taksówkarz dokładnie wie, kogo przewozi i odwrotnie. W latach 80. i 90. anonimowość była znacznie większa, a taksówkarze przyjmowali płatności głównie gotówką. Po całym dniu jazdy ich kasa była łakomym celem dla przestępców liczących na szybki zarobek.

Taksówka nr 974

Tadeusz Węgrzyn był wrocławskim taksówkarzem, który nie narzekał na brak zleceń. 12 lipca 1981 r. ok. godz. 2:05 w nocy do jego taksówki o numerze bocznym 974, zaparkowanej przed dworcem Wrocław Główny, wsiadło dwóch młodych chłopaków.

Następnego dnia rano w Lesie Osobowickim odnaleziono zwłoki mężczyzny. Nie było przy nim dokumentów, a pierwsze ustalenia wskazywały, że został uduszony. W międzyczasie milicja otrzymała sygnał, że w Lipinie obok Leszna znaleziono wrocławską taksówkę. Miała numer boczny 974. Auto było uszkodzone, po tym jak ktoś wjechał nim w barierkę. Śledczy szybko połączyli fakty.

Czytaj także: Bolt - co to jest? Jak zostać kierowcą Bolta?

Milicja ustaliła, że dwóch chłopaków, którzy wsiedli do taksówki Węgrzyna, wyglądało na turystów. Kazali zatrzymać się kierowcy w Lesie Osobowickim pod pretekstem szukania pieniędzy za kurs. Pasażer siedzący za kierowcą, złapał go za szyję i przez kilkadziesiąt sekund dusił. Oględziny potwierdziły, że chłopak siedzący obok pomagał sprawcy. Gdy upewnili się, że kierowca nie żyje, zabrali 10 tys. zł, zwłoki wyrzucili w krzaki i odjechali w kierunku Poznania.

Sprawcy byli widziani później przez kilku świadków, ale ostatecznie ślad po nich zaginął. Sprawa do dzisiaj nie została rozwiązana.

Zabił trzy osoby, bo musiał spłacić rodzinny dług

Piotr Domański był studentem Politechniki Łódzkiej. Cichy i spokojny chłopak, raczej zamknięty w sobie. Pociągały go jednak pieniądze, a zwłaszcza - szybkie pieniądze. Jesienią 1998 r. wplątał się w interesy z dilerem narkotykowym. Wziął kredyt, aby mieć na towar. Pieniądze dał mu brat, który z kolei pożyczył je od ojca. Ten ostatni nakazał spłatę długu. Gdyby wszystko poszło po myśli Domańskiego, sprawy prawdopodobnie by nie było.

Student zapłacił za narkotyki, których jednak nigdy nie zobaczył. Chciał je kupić taniej i sprzedać z ogromnym zyskiem. Został jednak oszukany. Nie miał ani pieniędzy, ani narkotyków. Miał jednak pomysł na szybkie zdobycie pieniędzy — postanowił obrabować kantor w Łodzi. Do tego potrzebny był mu samochód. Broń już miał, bo kupił ją na miejscowym targu. 7 października zamówił taksówkę, po czym zastrzelił jej kierowcę — Wojciecha Krasonia. Zwłoki ukrył w bagażniku. Nie przewidział jednak, że sprawy znów nie potoczą się po jego myśli.

Przeczytaj: Ścigany, mimo ostrzelania jego samochodu, uciekł policji. W końcu został złapany

Wieczorem, dzień po zabiciu Krasonia, Domański podjechał przed kantor i obserwował. W końcu zobaczył właściciela. Szybko podbiegł i oddał strzał. Wystraszony dźwiękiem pistoletu, uciekł. Po upewnieniu się, że nikt nie przyszedł na miejsce zbrodni, wrócił, aby zebrać pieniądze. Okazało się, że wcale nie zabił właściciela kantoru, lecz Wiesława Człapę, dozorcę parkingowego, który przypadkowo przechodził obok. Domański spanikował. Podobnie jak przy zabójstwie Krasonia, zwłoki także ukrył w bagażniku.

Z dwoma trupami w aucie spędził kolejne godziny. W międzyczasie taksówkarze zaczęli szukać kolegi z pracy. Nazajutrz, ok. godz. 19 przy ul. Wacława, Piotr Różejewicz zauważył auto Krasonia i ruszył w pościg. Samochód prowadzony przez sprawcę uderzył w mur. Jeszcze przed wypadkiem kierowca zdołał wyskoczyć z samochodu.

Różejewicz wysiadł z auta i popędził w stronę Domańskiego. Ten wyciągnął pistolet i zastrzelił go na oczach żony i córeczki. Sprawca uciekł i ukrywał się jeszcze przez blisko miesiąc. W samochodzie znaleziono dwa ciała i zakrwawione spodnie z legitymacją studencką Domańskiego.

Choć policja wiedziała, kto jest sprawcą, to długo udawało mu się uciekać. Ostatecznie został złapany przy budce telefonicznej w Inowłodzi i skazany na bezwzględne dożywocie. W ukrywaniu się pomagali mu jego koledzy, Radosław A. i Maciej P., dzięki którym policja trafiła na trop Domańskiego.

Zabił za 20 zł i butelkę wody

20 grudnia 2011 r. Andrzej Guzik był już po pracy. Taksówkarz z Częstochowy robił zakupy w pobliskim sklepie, gdzie spotkał Adama O. który wyprosił od niego kurs do Rędzin. Guzik przystał na zaproponowane warunki. Gdy dojechali na miejsce, Adam O. nie wywiązał się z umowy. Zaczął się wygrażać, że nie zapłaci.

Doszło do kłótni. Adam O. wyciągnął nóż i bez opamiętania zaczął dźgać taksówkarza. Uderzał po głowie, szyi, klatce piersiowej i plecach. Ostatecznie zadał 25 ciosów nożem. Następnie ukradł 20 zł i butelkę wody mineralnej, wyrzucił ciało i pojechał do restauracji.

Jeszcze zanim dokonał tej okrutnej zbrodni, Adam O. okradł rodzinę i przez kilkanaście dni bawił się za te pieniądze. Został namierzony dzięki monitoringowi. Skazano go na 25 lat więzienia.

Zwłok nie znaleziono, ale wyrok zapadł

18 października 2002 r. Kazimierz K. wyszedł o godz. 2:45 w nocy na swój ostatni kurs. Zawsze budził żonę o godz. 6 nad ranem. Tym razem tego nie zrobił. Kurs poza Warszawę, do Ożarowa, zaproponował mu mężczyzna podający się za detektywa. Panowie mieli mieć wspólnego znajomego, Ryszarda. Dopiero po odłożeniu słuchawki Kazimierz K. przypomniał sobie, że nikogo takiego nie zna.

Tajemniczym klientem okazał się Zbigniew B., policjant z Warszawy. Zgubiły go billingi telefonu Kazimierza K. Kontaktował się on z nim kilka razy, za każdym razem nie pod swoim nazwiskiem.

Policjanta zatrzymano 22 października. Pokazał, gdzie schował skradzionego opla vectrę. Przyznał się do uprowadzenia taksówkarza, ukrycia Opla Vectry w wynajętym garażu w Stalowej Woli i przymocowania do skradzionego auta tablic rejestracyjnych z własnego pojazdu. Mężczyzna nie zgadzał się jedynie z zarzutem udziału w zabójstwie Kazimierza K. Trzy dni później zatrzymano i aresztowano brata Zbigniewa B. - Pawła.

Polecamy: Bogdan Lach: Muszę być jak chirurg. Nie mogę oblizywać skalpel

Zbigniew B. rok wcześniej zamarzył o luksusowym pojeździe. Dlatego też kupił rozbitego opla vectrę, dokładnie takiego, za którego później zabił. Ze starego auta potrzebne mu były tylko dokumenty i tablice rejestracyjne. Wymarzony samochodów postanowił ukraść. Dzięki dostępowi do policyjnych baz danych szukał identycznej białej vectry. Natrafił na samochód Kazimierza K.

Mimo półtorarocznych poszukiwań nie odnaleziono ciała Kazimierza K., jedynie ślady jego krwi w taksówce. Nie przeszkodziło to jednak w posłaniu Zbigniewa B. i jego brata za kratki. Pierwszy dostał dożywocie z możliwością ubiegania się o zwolnienie po 30 latach, drugi - 15 lat za pomoc w zabójstwie.

Zabili, bo potrzebowali na alkohol

30 marca 1994 r. w Lublinie życie mógł stracić każdy taksówkarz. Tej nocy nie przeżył Jerzy W.

Dwóch uczniów zawodówki stało w kolejce w sklepie monopolowym. Chcieli kupić wino. W międzyczasie podeszło do nich dwóch innych, nieco starszych, "lumpów", jak opisywał ich "Kurier Lubelski". Jeden z tajemniczych towarzyszy był już wcześniej karany, ale wyszedł na wolność.

Czwórka mężczyzn szybko stała się kumplami od wina, przynajmniej na ten jeden dzień. Zawartość butelek w końcu skończyła się i trzeba było kupić nowe, ale żaden z nich nie miał pieniędzy na kolejne trunki. Najpierw próbowali zdobyć je, kradnąc radio z auta, ale nic z tego nie wyszło. Ostatecznie wpadli na pomysł obrabowania taksówkarza.

Kierowcy dwóch pierwszych taksówek, które próbowali złapać, nie chcieli podwieźć pijanych delikwentów. Trzeci zgodził się zabrać czterech mężczyzn, którymi byli: 22-letni Kazimierz M., 18-letni Kazimierz S., 19-letni Sylwester T. i 16-letni Janusz B. Cała piątka ruszyła do Motycza.

Nie ujechali daleko, gdy jeden z nich trzymał, drugi dusił, trzeci zadawał ciosy nożem, a najmłodszy kopał prawdopodobnie już zwłoki kierowcy. Ostatecznie sprawcy zrabowali niewielką sumę pieniędzy, ale nie wzięli samochodu. Policja znalazła ich w jednej z melin. Mieli przy sobie rzeczy wskazujące na kontakt z zabitym taksówkarzem.

W Lublinie proces przyciągał tłumy widzów. Sprawcy przerzucali się odpowiedzialnością. Ostatecznie trzej najstarsi zostali skazani na 25 lat pozbawienia wolności. Musieli także wpłacić po 1,5 mln starych złotych grzywny. Najmłodszego wysłano do zakładu poprawczego.

Stryczek za śmiertelny cios rozrusznikiem

Waldemar Krakos został skazany na karę śmierci i powieszony za zamordowanie w okolicach Radwankowa, otwockiego taksówkarza Stanisława S. Jego wspólnikiem był Wiktor Matuszewski, który trafił za kratki na 25 lat. Historia tego morderstwa była w luźnym stopniu podstawą do scenariusza jednego z odcinków cyklu telewizyjnego "Dekalog" w reżyserii Krzysztofa Kieślowskiego.

Krakos i Matuszewski w noc sylwestrową 1982 r. postanowili obrabować taksówkarza, ponieważ brakowało im pieniędzy do alkoholu. Zamówili kurs z Otwocka do Radwankowa. Kilka kilometrów przed celem, na opustoszałym kawałku drogi, nakazali kierowcy się zatrzymać. Wówczas Krakos zaczął dusić i bić taksówkarza. Gdy to nie pomagało, Matuszewski owinął w szmatę kilkukilogramowy automat rozrusznika i podał go koledze. Uderzenie Krakosa załatwiło sprawę. Stanisław S. nie żył.

Sprawcy ukradli 61 tys. zł, zegarek i zabrali scyzoryk. Szybko ich znaleziono i osądzono. Obaj dostali po 25 lat więzienia. Kilka miesięcy później karę dla Krakosa zmieniono na wyrok śmierci. Został powieszony.

Taksówkarz za kierownicą skazany jest tylko na siebie

Przez lata na porządku dziennym były wymuszenia, które nie kończyły się zabójstwem. Sprawcy przystawiali do głowy pistolet czy nóż do gardła i kazali wyciągać pieniądze lub wozić się za darmo po całym mieście. Najczęściej stosowaną metodą były jednak podduszenia, które dość łatwo wykonać, gdy siedzi się za kierowcą.

Oficjalne statystki napaści na taksówkarzy nie są prowadzone, więc trudno określić skalę problemu. Taksówkarz w swoim samochodzie był skazany tylko na siebie. Gdy dochodziło do ataku, nie miał czasu na reakcję. Mający więcej szczęścia przeżyli spotkania ze swoimi niedoszłymi zabójcami.

Źródła: "Angora", "Dziennik Łudzki", natemat.pl, "Kurier Lubelski", "Fakt", Onet