Postęp, jaki dokonał się w motoryzacji w ostatnich dwóch dekadach, jest niesamowity. Współczesne samochody często potrafią już same się prowadzić (w ograniczonym zakresie, ale jednak), są przedłużeniem smartfonów (Apple CarPlay i Android Auto) i mają wydajność, o której nawet nie śnili nasi ojcowie i dziadkowie.
Te wszystkie zmiany wpłynęły na sposób korzystania z pojazdów i sprawiły, że część ze stosowanych dawniej sztuczek eksploatacyjnych czy zwyczajów drogowych dziś już nie ma racji bytu. Tłumaczymy, czego i dlaczego nie warto już robić. Samochód i portfel naprawdę odwdzięczą się za zmianę tych siedmiu nawyków. Warto spróbować, a potem podzielić się tymi technikami ze starszymi kierowcami w rodzinie.
Czy można tankować po odbiciu pistoletu?
Kontynuowanie tankowania po odbiciu pistoletu to ulubiony nawyk mechaników, bo to gwarancja wizyty w serwisie. Konstrukcja baku w wielu samochodach umożliwia nalanie paliwa po drugim czy nawet trzecim odbiciu pistoletu. Efekt? Kilka lub kilkanaście litrów więcej, a dzięki temu wyraźnie zwiększony zasięg na jednym tankowaniu!
Problem w tym, że później trzeba zapłacić za to wysoką cenę — to koszt wypełnienia paliwem "poduszki powietrznej", czyli przestrzeni w zbiorniku, która powinna pozostać pusta. W ten sposób możemy uszkodzić np. kosztowne pochłaniacze oparów paliwa. Co więcej, jest duża szansa, że taki sposób eksploatacji doprowadzi do podtruwania podróżnych przedostającymi się do kabiny oparami, a w skrajnych przypadkach do wycieku i pożaru samochodu. Warto?
Czy jazda na niskich obrotach obniża zużycie paliwa?
Inną dobrą radą przekazywaną przez starsze pokolenia jest unikanie jazdy na wysokich obrotach. Korzyść z tego płynąca jest oczywista — niższe obroty silnika to niższe zużycie paliwa. Lepiej jednak wstrzymać się z wrzucaniem jak najwyższego biegu przy jak najniższej prędkości, bo oszczędności uzyskane dzięki takiemu ecodrivingowi nie zrekompensują rachunków wystawionych przez mechanika.
Jazda na zbyt niskich obrotach prowadzi do dużych przeciążeń pojawiających się nie tylko w silniku, ale też w skrzyni biegów czy nawet elementach sprzęgła. W takich warunkach szybko podda się dwumasowe koło zamachowe, które chroni skrzynię, biorąc na siebie te przeciążenia. Później padną łożyska w przekładni, co może zakończyć się koniecznością rozebrania całej skrzyni. Koszty tych napraw przewyższą oszczędności uzyskane dzięki niższemu zużyciu paliwa.
Klimatyzacja zużywa dużo paliwa? Warto ją wyłączać?
Z oszczędzaniem wydatków na paliwo wiąże się też kolejny zgubny nawyk — unikania korzystania z klimatyzacji, która podwyższa zużycie paliwa (to fakt). Wielu kierowców w zimie zupełnie rezygnuje z klimatyzacji, bo przecież w tym okresie nie trzeba chłodzić wnętrza. To jednak potrójny błąd, bo cierpią na tym: komfort, bezpieczeństwo i portfel.
Włączenie klimatyzacji na kilka minut to najskuteczniejszy sposób na szybkie osuszenie wnętrza i odparowanie szyb, czyli zapewnienie sobie odpowiedniej widoczności. Korzystanie z klimatyzacji pozwala też zapobiec późniejszemu parowaniu szyb podczas jazdy, a to poprawia i komfort, i bezpieczeństwo. Nie bez znaczenia jest też aspekt finansowy — długo nieużywany, "zastany" układ klimatyzacji może wymagać kosztownego serwisu na wiosnę (uszkodzony kompresor, nieszczelność układu itd.).
Czy trzeba przełączać automatyczną skrzynię na N na światłach?
Wśród kierowców starszej daty wciąż pokutuje przekonanie o tym, że podczas krótkiego postoju, np. na czerwonym świetle, należy przestawić wybierak automatycznej skrzyni do pozycji neutralnej (N). Oczywiście chodzi tu o oszczędność na paliwie, ale też o zmniejszenie obciążenia przekładni. O ile ta logika działała w przypadku starszych konstrukcji, o tyle w kontekście współczesnych samochodów z precyzyjnymi układami sterowania silnikiem nie ma już zastosowania.
Dlaczego? Po pierwsze różnica w zużyciu paliwa podczas postoju na ustawieniach D i N jest niemal zerowa (podczas dotaczania się do świateł zużycie na D może być nawet niższe, np. dzięki systemowi odłączania cylindrów). Po drugie, częste żonglowanie między tymi przełożeniami zużywa mechanizmy sterowania skrzynią i sprzęgła. Po trzecie, nowoczesne skrzynie utrzymują właściwe ciśnienie i smarowanie podczas postoju w trybie D, więc to im nie szkodzi (nie służy im za to np. holowanie lub zjazd z górki na przełożeniu N!).
Kiedy trzeba włączyć światła przeciwmgielne?
Ten temat otwiera wrota piekieł — polscy kierowcy regularnie nadużywają tylnych świateł przeciwmgielnych. I często robią to z premedytacją, a nie przez przypadkowe włączenie ich podczas jazdy (bywa i tak). Prawdziwy wysyp "drogowych choinek" następuje już w czasie delikatnej mgły lub podczas małych opadów deszczu czy śniegu. Dlaczego tak się dzieje? Zapewne z powodu chęci maksymalnego zwiększenia widoczności pojazdu na drodze. Ten zwyczaj może wynikać ze słabej jakości oświetlenia w starszych autach — w nowych najczęściej mamy do czynienia z jasno świecącymi LED-ami.
Logika działa: tylne lampy przeciwmgielne świecą mocno (tak jak światła stopu!), więc łatwiej nas zauważyć. Nie bez powodu jednak polskie prawo umożliwia włączenie ich dopiero wtedy, kiedy przejrzystość powietrza "ogranicza widoczność na odległość mniejszą niż 50 m" (art. 30. ust. 3. Ustawy z dnia 20 czerwca 1997 r. Prawo o ruchu drogowym). W innych warunkach te lampy po prostu oślepiają kierowców jadących z tyłu. Inaczej ma się sprawa z przednimi światłami przeciwmgielnymi (tzw. halogenami) — z nich można korzystać bez ograniczeń w warunkach "zmniejszonej przejrzystości powietrza", a nawet w normalnych, tyle że po zmierzchu i wyłącznie na krętej drodze.
Dlaczego nie można ostrzegać innych kierowców mignięciem "długimi"?
"Strzał z długich", czyli mignięcie światłami drogowymi kierowcy nadjeżdżającemu z naprzeciwka to doskonale znany sygnał na polskich drogach — "uważaj, zbliżasz się do patrolu drogówki!". Intencją powiadamiającego jest to, aby uchronić innego kierowcę przed mandatem. Niestety, to z wielu względów bardzo zły pomysł. Przede wszystkim, zachodzi ryzyko, że sami dostaniemy mandat za nieuprawnione korzystanie ze świateł drogowych (warunki określa art. 51. ust. 3. Ustawy z dnia 20 czerwca 1997 r. Prawo o ruchu drogowym).
A inne szkodliwe aspekty? W ten sposób przez przypadek można ostrzec niebezpiecznego przestępcę, na którego została zorganizowana obława policyjna. Kierowca migający "długimi" nie ma żadnej wiedzy o tym, kogo ostrzega — adresatem tego sygnału może być np. ktoś pijany lub prowadzący pojazd pod wpływem narkotyków. Zatrzymanie takich osób przez służby leży w interesie wszystkich uczestników ruchu drogowego, a "koleżeńskie ostrzeżenie" może to uniemożliwić. Co więcej, nowoczesne LED-owe reflektory są znacznie mocniejsze od starszych lamp. Nawet krótkie mrugnięcie może czasowo oślepić kierowcę jadącego z naprzeciwka, a to stwarza zagrożenie na drodze.
Czy zimą trzeba rozgrzewać silnik przed jazdą?
W ten sposób dochodzimy do najczęstszego zwyczaju przekazywanego z pokolenia na pokolenie — rozgrzewania silnika w zimie na postoju. O tym powstały już setki publikacji, zwłaszcza w cyklu zimowych poradników dla kierowców. Ta czynność dawniej rzeczywiście była uznawana za konieczność. Dzisiaj mechanicy i policjanci są zgodni — kilkuminutowy postój z włączonym silnikiem (np. podczas odśnieżania) w nowszym aucie naraża nas na straty finansowe. Tak naprawdę ruszyć można już po kilkunastu sekundach od uruchomienia silnika — wystarczy dać olejowi szansę dotrzeć do wszystkich punktów smarowania.
Krótkie przypomnienie: trwające ponad minutę rozgrzewanie silnika przed jazdą jest w Polsce nielegalne. Zakazuje tego art. 60. ust. 2. Ustawy z dnia 20 czerwca 1997 r. Prawo o ruchu drogowym mówiący o tym, że — o ile nie wynika to z warunków ruchu — na obszarze zabudowanym nie można pozostawiać pracującego silnika podczas postoju trwającego dłużej niż minutę. Grozi za to 100 zł mandatu. Kwota ta wzrośnie do 300 zł, jeśli policjant zakwalifikuje naszą "rozgrzewkę" jako wykroczenie polegające na używaniu pojazdu w sposób powodujący nadmierną emisję spalin lub hałasu.
A dlaczego rozgrzewania silnika nie rekomendują mechanicy? Silnik pracujący bez obciążenia nagrzewa się bardzo wolno, bo wytwarza mało ciepła. Do tego, w takich warunkach pobiera wzbogaconą mieszankę paliwową, która może spływać do miski olejowej, rozrzedzając olej. W zimnym silniku do oleju przedostają się też zanieczyszczenia z komór spalania. Wszystko to przyspiesza zużycie nie tylko oleju, ale też samego silnika. I bez sensu zużywamy na to paliwo, bo jednostka dużo szybciej i efektywniej nagrzeje się podczas ostrożnej jazdy w średnim zakresie obrotów (zbyt niskie powodują wspomniane wcześniej przeciążenia). Im dłużej rozgrzewasz silnik na mrozie, tym bardziej mu szkodzisz. Lepiej z tym skończyć.