To jeden z samochodów koncepcyjnych, które powstały, aby uczcić jubileusz 75-lecia istnienia firmy Jeep. Oprócz Wranglera Trailcata pomysłowi konstruktorzy i dizajnerzy Jeepa pokazali światu także model Comanche, czyli Renegade, który przybrał formę pikapa z przewiewną kabiną i tekstylnym dachem. Interesujący samochód, ale najciekawsze zawsze powstają na bazie Wranglera, który jest wymarzonym obiektem do tego typu tuningowych zabaw. Ich efekty można później podziwiać podczas Easter Safari – dorocznego święta dżipersów w Moab.

Piekielnego Wranglera spotkałem podczas tegorocznego ogólnoeuropejskiego zlotu właścicieli i miłośników Jeepów w Hiszpanii. Przyjechał jako wielka atrakcja prosto ze Stanów Zjednoczonych.

Niewinny kolor karoserii może zmylić oko. Z daleka, ale to raczej naprawdę ze sporej odległości można Trailcata pomylić z klasycznym, krótkim Wranglerem w wersji topless. Złudzenia optyczne znikają, gdy ucho usłyszy jego silnik. Ucho może być faktycznie znacznie oddalone od koncepcyjnego Wranglera, a i tak go usłyszy, bo uruchomiony silnik częstuje otoczenie za pośrednictwem wydechu piekielnym, przerażającym dźwiękiem. Piekielnym, bo potężny motor pochodzi prosto z Hellcata, z Dodge’a Hellcata.

Pod maskę Wranglera wepchnięto widlastą „ósemkę” o sporej, nawet jak na warunki amerykańskie, pojemności skokowej 6,2 l. Dopingowana kompresorem daje z siebie moc 707 koni mechanicznych i 882 niutonometry momentu obrotowego. Niezły potencjał! To prawie trzy razy więcej niż w seryjnym Wranglerze. Auta oferowane na rynku mają bowiem silnik 3.6 V6 Pentastar o mocy 284 koni. W porównaniu z zielonym Trailcatem to pestka.

Potężne V8 jest w stanie rozpędzić ciężkiego Hellcata (ponad 2 t masy własnej) do 270 km/h, a pierwszą setkę nawinąć na prędkościomierz po 4,9 s od momentu startu. Pali przy tym wiadra benzyny, toteż pytanie o średnie zużycie jest nietaktem. Ale kto się tym przejmuje, kiedy daje tyle frajdy. Tak dużo, że może trafi kiedyś pod maski innych modeli fiatowsko-chryslerowskiego koncernu.

Nim zasiądę w aucie, przyglądam mu się uważnie. Niby klasyczny Wrangler, a jednak nieco dłuższy. Okazuje się, że rozstaw osi jest powiększony w stosunku do pierwowozoru o 12 cali. Inne są błotniki, wycięte, by pomieścić ogromne 39,5-calowe opony BFGoodrich Krawler T/A. Do tego solidne stalowe zderzaki i klatka bezpieczeństwa, a i przednia szyba niższa od oryginału o 2 cale. Całość posadzono na zawieszeniu firmy Fox i osiach Dana 60.

Wreszcie mogę się przymierzyć do kierownicy Trailcata. Odchylam rurową furtkę, bo raczej nie mam śmiałości, by te wrota do piekieł nazwać drzwiami. Wdrapuję się na pokład i wpasowuję ciało w kubełkowy fotel też rodem z Dodge’a, ale tym razem z Vipera. Dopinam szelkowe pasy i jestem gotów do startu. Na prawym fotelu gość z Jeepa, który będzie grał rolę przyzwoitki i jednocześnie strażnika piekielnego Wranglera. Ma pilnować, żebym nie zrobił konceptowi krzywdy. Ale to ja w duchu boję się, że to Wrangler prędzej zrobi mi krzywdę. Przed uruchomieniem silnika strażnik pyta, czy potrafię obsługiwać mechaniczną skrzynię biegów. Gdyby wiedział, że uczyłem się jeździć maluchem bez zsynchronizowanej jedynki, nie kompromitowałby się w ten sposób.

Przekręcam kluczyk i po kilku obrotach rozrusznika widlaste 6.2 startuje z fantastycznym bulgotem, a przez karoserię wozu i moje ciało przechodzą dreszcze. Chwytam długaśną dźwignię zmiany biegów (o dziwo, pracuje bardzo precyzyjnie). Wbijam jedynkę, puszczam sprzegło i wóz startuje jak kopnięty przez niewidzialnego olbrzyma. Zmiana na dwójkę i siła, która mnie wciska w oparcie fotela, nie maleje. Potem trójka, i to na tyle. Tam, gdzie jeżdżę, nie ma za dużo miejsca, by rozpędzić zielonego potwora. Wciskanie gazu i redukcje dają taką frajdę, że nie mogę powstrzymać uśmiechu. Wystarczy też lekkie dodanie gazu w łuku i Wrangler zamienia się w offroadowy driftowóz. Sunie bokiem bez najmniejszego problemu, wzbijając tumany kurzu i wyrzucając fontanny ziemi spod tylnych kół. Dodatkowo informuje o tym otoczenie basowym bulgotem motoru i kaszlnięciami w tłumik. Fantastyczne! I wcale nie jest taki straszny w prowadzeniu. Zmodyfikowane zawieszenie skutecznie zespala go z powierzchnią. Panowie z Jeepa, szacunek!

Osie, zawieszenie, zderzaki można normalnie kupić. Więc jak gdzieś znajdę silnik Hellcata, zacznę budowę własnego Trailcata.