Włosi receptę na sukces w segmencie A znają od dawna: niewielkie wymiary, wysoka funkcjonalność i niska cena. Nie zaszkodzi też miłe oku nadwozie. A Koreańczycy? Dopiero się uczą. Przykład pierwszej generacji Kii Picanto pokazuje, że nawet dobry pomysł i solidne wykonanie mogą nie wystarczyć. Teraz ma się to zmienić.

Już pierwszy rzut oka na najmłodszego i najmniejszego członka rodziny Kii wystarczy, by stwierdzić, że Koreańczycy zrobili krok w dobrym kierunku. Nowe Picanto zdecydowanie wyróżnia się z tłumu: agresywnie wystylizowany przód harmonijnie połączono z tylną częścią nadwozia, której najbardziej charakterystycznym elementem są lampy (w opcji dostępne z diodami LED!).

Funkcjonalność? Tu również ogromny krok naprzód: auto ma większy o 1,5 cm rozstaw osi i jest o 6 cm dłuższe od poprzednika. Efekt to większy bagażnik (200/870 l), a przede wszystkim obszerniejsze wnętrze, zwłaszcza w drugim rzędzie siedzeń. Co więcej, nowe Picanto to teraz pod tym względem czołówka segmentu A. Na pochwałę zasługuje także bogate wyposażenie (w standardzie znajdziemy m.in. 6 airbagów). Narzekać można natomiast na nieco ograniczoną ilość miejsca nad głowami.

Do napędu przewidziano dwa benzyniaki (oba z układem zmiennych faz rozrządu CVVT): 3-cylindrowe 1.0 w wersjach 69 i 82 KM (LPG) oraz 4-cylindrową wersję 1.25/85 KM. Słabsza sprawdzi się jedynie w mieście, choć trzeba podkreślić, że jak na trzycylindrowca ma dość wysoką kulturę pracy.

Zawieszenie gwarantuje zaskakująco pewne prowadzenie, ale niektórym może wydawać się zbyt sztywne. Mieszane uczucia wzbudziła skrzynia biegów: lewarek ma krótkie skoki, ale podczas wrzucania biegu wstecznego słychać było zgrzytanie.