Mówiąc wprost, największe europejskie koncerny samochodowe domagają się planu – szerokiego planu wsparcia. Chodzi zarówno o wsparcie popytu (to np. bezpośrednie dopłaty do samochodów elektrycznych, które obecnie m.in. w Polsce się skończyły), zamówienia publiczne, jak również bezpośrednie wsparcie produkcji oraz bonusy emisyjne. Ale po kolei.
Europejski przemysł motoryzacyjny w kłopotach. Krach na akcjach Stellantisa
Przemysł Motoryzacyjny w Europie odpowiada za 8 proc. PKB (produktu krajowego brutto), zatrudnia 13 mln ludzi. "Nasze firmy – mówią Oliver Blume i Antonio Filosa – zawsze produkowały europejskie samochody dla Europejczyków; 9 na 10 samochodów, które sprzedajemy w Europie, zostało wyprodukowanych tutaj. Niestety, nasz europejski biznes mierzy się z konkurencją ze strony importerów, którzy działają w oparciu o mniej rygorystyczne przepisy oraz wymagania socjalne".
Z polskiego na nasze: oni mają niższe koszty, nikt od nich nie wymaga tyle co od nas – i dlatego wygrywają.
Dalej szefowie VW i Stellantisa mówią, że działają pod groźbą międzynarodowej wojny handlowej, ceł oraz ograniczeń w dostępie do metali ziem rzadkich.
Tymczasem najnowsze "wieści z frontu" są takie, że Stellantis – tak jak wcześniej koncerny Ford i General Motors – wycofują się z ambitnych planów rozwoju elektromobilności. Przeszacowano popyt, wydano za dużo pieniędzy. Oszczędzano nie tam, gdzie trzeba – na samochodach, które przynosiły dochód. Właśnie trwa "rzeź na akcjach" koncernu Stellantis, wycena firmy w ciągu doby spadła o blisko 30 (!) proc.
A oto, jaki jest pomysł na ratunek, który zapewne nie przez przypadek ogłoszono na dzień przed ogłoszeniem wyników finansowych i nowych planów firmy. Pod pomysłem podpisuje się też koncern Volkswagen mający w portfelu 10 marek samochodowych; obecnie firma i tak w niezłej formie. W niezłej, jeśli nie liczyć np. należącej do grupy marki Porsche.
Volkswagen i Stellantis: europejska produkcja powinna dostawać europejskie wsparcie
Według koncernów samochody wyprodukowane w Europie powinny być traktowane w sposób szczególny. Przy czym przez "samochody wyprodukowane w UE" Olive Blume (Volkswagen) i Filosa (Stellantis) rozumieją samochody produkowane przez firmy, które większość swojej działalności skupiają w Europie. Tak rozumiana europejska produkcja otrzymująca wsparcie od państw czy też od Komisji Europejskiej to nie są samochody chińskich marek składane w europejski zakładach. Chodzi o samochody zaprojektowane i produkowane w Europie z komponentów wytwarzanych głównie w Europie.
Dalsza część tekstu pod filmem:
Poznaj kontekst z AI
Jednym z kanałów wsparcia europejskiej produkcji samochodów elektrycznych mogłyby być, zdaniem szefów Stellantisa i VW – bonusy emisyjne. W największym skrócie: za każdy wyprodukowany od podstaw w Europie samochód elektryczny producenci dostawaliby prawo do wyprodukowania samochodu spalinowego nieobciążonego opłatami związanymi z emisją. Dzięki temu wyższe wydatki na produkcję samochodu elektrycznego pozwoliłyby zarobić więcej na samochodach spalinowych – i biznes by się kręcił.
Różnego rodzaju wsparcie, o których mówią Blume i Filosa, miałyby zrekompensować wyższe koszty pracy, wyższe koszty energii i inne związane z europejskimi wymaganiami, którym nie muszą podporządkowywać się producenci z Azji.
Czy dopłaty i bonusy do europejskiej produkcji mają sens?
Prawda jest taka, że europejscy producenci samochodów domagają się znacznie mniejszego wsparcia państwowego niż to, na które mogą liczyć chińscy producenci – na każdym etapie produkcji. Błyskawiczny rozwój chińskich producentów samochodów nie wziął się znikąd, nie wziął się z wyjątkowej zdolności chińskich inżynierów czy nadludzkiej pracowitości Chińczyków. Stoi za tym dofinansowanie ze strony państwa oraz chińskich władz lokalnych – od etapu budowy fabryk do bezpośrednich dopłat do produkcji, a potem do sprzedaży i eksportu. W wielu wypadkach brak doświadczenia chińskich producentów aż nadto widać po ich samochodach. Dlaczego zatem znajdują nabywców w Europie? Otóż wszędzie obowiązuje zasada: "cena czyni cuda". Jeśli coś jest tańsze, to nawet jeśli jest gorsze, znajdzie swojego nabywcę.
Jest absurdem (moim skromnym zdaniem), że m.in. polskie dopłaty do samochodów elektrycznych objęły także samochody importowane z Chin – to tak, jakby polscy podatnicy płacili część swoich podatków w Chinach.
Czy zatem absurdem jest wspieranie producentów – prywatnych firm europejskich – z pieniędzy podatników? Nie mam tego przekonania. O tym, że o europejski przemysł warto dbać, świadczy 13 mln miejsc pracy, które w ostatnich miesiącach sukcesywnie znikają – także w Polsce.
Być może lepszym lekarstwem na obecne problemy europejskich producentów byłoby niedopuszczenie na polski i europejski rynek samochodów dotowanych czy też nie spełniających wymogów, którym podlegają producenci działający w Europie. Ale na to jest już za późno – oni (chińscy producenci) już tu są i, korzystając z różnych luk pozostawionych w przepisach, oferują samochody bez obowiązkowego w Europie wyposażenia, emitujące nieprawdopodobne ilości CO2 (na poziomie, który europejskich producentów doprowadziłby do bankructwa) i w niektórych wypadkach wątpliwej jakości. Pewnie, że nie wszyscy kręcą. Ale prawie każdy na jakimś etapie przyjął wsparcie rządu Chin czy chińskich prowincji.
Warto wysłuchać europejskich producentów, aby wieloletnia akcja dokręcania śruby nie doprowadziła w końcu do zerwania gwintu.