• Najtańszym środkiem transportu jest auto na prąd, ale wymaga długiego ładowania
  • Nawet większy i mocniejszy silnik może spalić niewiele paliwa przy odpowiednim stylu jazdy
  • Zakup samochodu elektrycznego, mimo niskich kosztów eksploatacji, nadal nie jest opłacalny

Niecodzienny test przeprowadziło Stowarzyszenie Auto Klub Dziennikarzy Polskich. Miał on na celu zbadanie i porównanie ekonomii jazdy aut z różnego rodzaju napędem: benzynowym, wysokoprężnym oraz elektrycznym. W tym celu zestawiono ze sobą następujące pojazdy: Alfę Romeo Giulię z silnikiem diesla o pojemności 2.2 litra, Skodę Octavię 1.0 TSI, Volkswagena e-Golfa oraz... ciągnik siodłowy Iveco Stralis NP400 napędzany paliwem LNG, czyli po prostu gazem.

Test został przeprowadzony na trasie liczącej 240 kilometrów. Start odbył się w centrum Warszawy, następnie uczestnicy testu kierowali się w stronę Białegostoku. Zarówno na wyjeźdźcie ze Stolicy, jak i podczas powrotu pokonywali kilkukilometrowe korki. Poza miastem trasa przebiegała w umiarkowanym ruchu.

Na mecie wyniki nie były szczególnie zaskakujące, choć trzeba przyznać, że średnie spalanie niemal wszystkich pojazdów przerosło oczekiwania testujących. Metodologia badania była prosta: auta startują z bakiem wypełnionym pod korek, a na mecie testu paliwo ponownie dolewane jest do oporu. Okazało się, że najmniejsze zapotrzebowanie z pojazdów spalinowych wykazała Skoda Octavia 1.0 TSI, do której dolano 8,2 l. To oznacza, że średnie spalanie wyniosło 3,41 l/100 km. Alfa Giulia napędzana dieslem o ponad dwukrotnie większej pojemności zużyła natomiast 9,51 l oleju napędowego (3,95 l/100 km). To ciekawe, że niemal dwa razy mocniejsze auto zaspokoiło się prawie taką samą ilością paliwa. W dodatku tańszego. Dużym zaskoczeniem okazało się spalanie Iveco Stralis NP400 z silnikiem o pojemności 8,7 l i mocy 400 KM. Na przejechanym testowym dystansie ten duży ciągnik siodłowy zużył tylko ok. 41 kg paliwa, co daje nam średnie spalanie na poziomie ok. 17 l/100 km.

A co z elektrycznym Golfem? Czy rzeczywiście jazda autem elektrycznym, choć droższym w zakupie, okazuje się o wiele tańsza? Test wyraźnie wskazuje, że tak. Komputer pokładowy wyliczył zużycie energii elektrycznej na 26,64 kWh (średnio 11,1 kWh/100 km) po przejechaniu 240 km w ciągu 4 godzin i 4 minut z przeciętną prędkością 59 km/h. Ponadto komputer wskazał, że samochodem w takim tempie jesteśmy jeszcze w stanie pokonać ok. 40 km. Ale jak to się ma w przełożeniu na litry paliwa, a docelowo na złotówki?

Jeśli skorzystalibyśmy z ogólnodostępnego, darmowego punktu ładowania (tych jest mało, ale powstają cały czas nowe), to wyszłoby na to, że możemy jeździć za darmo. Natomiast ładując baterię o pojemności 35,8 kWh np. z gniazdka w sieci operatora Innogy (jak w Warszawie), to za 1 kWh należałoby policzyć 0,4312 zł (energia czynna, opłata jakościowa, opłata przesyłowa i opłata OZE) bez stałych, comiesięcznych opłat abonamentowych doliczanych do rachunku niezależnie od ilości zużytej energii. Oznacza to koszt przejechania 100 km w wysokości 4,79 zł. To sprawia, że elektryczny Golf jest bezkonkurencyjny!

W porównaniu przejazd 240 testowych kilometrów Skodą Octavią 1.0 TSI kosztował 18,48 zł (benzyna Shell V-Power Sport za 5,42 zł/l), natomiast Alfą Giulią – 18,88 zł (diesel Shell V-Power po 4,78 zł/l). Z kolei gaz tankowany do ciężarowego Iveco Stralisa kosztował 71,74 zł/100 km (4,20 zł/kg). Gaz jest więc również tanią alternatywą.

Czy zatem jazda autem elektrycznym się opłaca? Z punktu widzenia samej eksploatacji jak najbardziej. Można powiedzieć, że jeździmy prawie za darmo. Gdyby jeszcze istniała rozbudowana infrastruktura z szybkimi punktami ładowań albo technologia pozwalająca wymienić akumulatory w pięć minut na stacji, to rysuje nam się świetlana przyszłość. Poza tym nie trujemy, mamy natychmiastowe przyspieszenie i ciszę w samochodzie.

Należy jednak pamiętać, że auto elektryczne to po pierwsze wyższy koszt samego zakupu. Cennik e-Golfa zaczyna się od 162 890 zł (!). Dla porównania wersja z tradycyjnym napędem benzynowym to wydatek od 66 900 zł. Nawet gdybyśmy chcieli poszaleć i kupić dobrze wyposażone, mocne auto, to Golf GTI nadal wyjściowo jest tańszy i kosztuje 126 290 zł. Zostaje więc 40 600 zł na paliwo. Przy założeniu średniej ceny 98-oktanowej benzyny na poziomie ok. 5 zł za litr, to za tę kwotę możemy kupić zapas 8120 litrów. Golf GTI może przeciętnie zaspokoić się spalaniem na poziomie ok. 10 l/100 km. To oznacza, że za różnicę w cenie zakupu pokonamy dystans 81 200 km, co przeciętnemu kierowcy zajmie ok. trzech lat.

Po drugie, nie można zapominać o kosztach produkcji samych akumulatorów oraz emisji toksycznych gazów z fabryk podczas tego procesu. Czy elektryczna rewolucja faktycznie się opłaca dla kieszeni przeciętnego Kowalskiego i ekologii naszej planety...? Zachęcamy do dyskusji.