• Passat zahamuje, zanim go uszkodzisz na parkingu
  • Auto samo skręci albo nie, puszczasz kierownicę – ryzykujesz
  • Czytanie znaków drogowych – skuteczność zależy od jakości oznakowania

Z jednej strony trzeba przyznać, że wiele z elektronicznych wspomagaczy ratuje nam tyłek, a z drugiej... wywołuje wtórne kalectwo. Dość powiedzieć, że wysiadając z nowoczesnego mocno doposażonego auta do starego samochodu bez żadnych elektronicznych asystentów, kierowca potrzebuje czasu, by poczuć się pewnie, a wielu udogodnień będzie mu brakować już zawsze. To się nazywa uwstecznienie... Ale po kolei.

Hamowanie awaryjne i ostrzeganie przed obiektem w martwym polu

Spośród systemów pracujących w tle niezależnie od woli kierowcy, pierwszy raz poczułem działanie awaryjnego hamowania... na parkingu: jest kamera, są czujniki parkowania, na ekranie widać graficzne wskazanie odległości od przeszkody, ale czasem wiesz, że się zmieścisz, cofając na skręconych kołach, mijając przeszkodę o pół centymetra... łup! W ostatniej chwili, tuż przed uderzeniem w przeszkodę, system gwałtownie zatrzymuje auto. Od tej pory wiem, że to działa, a jednak nie do końca ufam, boję się z premedytacją sprawdzać, czy zadziała kolejnym razem.

Na drodze, zanim system zaczyna hamować (a jeśli już, zawsze robi to gwałtownie), wyświetlacz przed kierowcą zaczyna świecić na czerwono, pojawia się ostrzeżenie akustyczne. System bierze pod uwagę nie tyle odległość od przeszkody, ale różnicę prędkości pomiędzy samochodem, w którym jest zainstalowany, a innymi obiektami na drodze – dokładnie tak samo jak układ ostrzegający o obiektach w martwym polu: jeśli wjeżdżasz przed inne auto z dużą różnicą prędkości, pomarańczowa lampka w lusterku mignie bardzo krotko albo wręcz wcale, gdy odległość od obiektu na pasie, na który wjeżdżasz, maleje (ten drugi jedzie szybciej) to nawet, jeśli miejsca w

danej sekundzie jest pod dostatkiem, system ostrzega dłużej i wyraźniej, a do tego układ kierowniczy stawia nagły opór, utrudniając zmianę pasa. W sumie nie jest to głupie.

Autopilot

Foto: Marcin Matus / Auto Świat
Passat Ekran tempomatu

Przyznam, że mając do pokonania w ciągu jednego dnia np. 900 km, a zwłaszcza, jeśli droga prowadzi przez kraje nieprzyjazne tym kierowcom, którzy się spieszą, chętnie korzystam z trybu „autopilota”. Autopilot składa się z systemów utrzymania pasa ruchu oraz adaptacyjnego tempomatu. Ustalasz maksymalną prędkość, z jaką chcesz jechać i jedziesz, dopóki droga wolna. Gdy przed autem, którym jedziesz, pojawia się inny samochód, samochód z włączonym tempomatem zwalnia, utrzymując w miarę stałą odległość (uzależnioną od prędkości – im szybsza jazda, tym system utrzymuje większy dystans).

Sam tempomat też nie do końca sprawdza się w Polsce, bo pomimo wybrania na ekranie Passata najkrótszego dystansu od poprzednika, nie brakuje kretynów, którzy przy np. 130 km/h wjeżdżają w lukę pomiędzy mnie a samochód jadący przede mną, wywołując nerwową reakcję systemu i zwyczajne zagrożenie. W Szwajcarii czy na autostradzie włoskiej działa to jednak super: jadę sobie leniwie ustawiając prędkość idealnie zgodną z dozwolonym limitem (gdy jest to 120 km/h, ustawiam 124 (sprawdziłem, o tyle przekłamuje licznik), i jadę. Ręcznie, przyciskami na kierownicy koryguję prędkość w miarę, jak pojawiają się i znikają dodatkowe ograniczenie.

Na chwilę można też zdjąć ręce z kierownicy – system sam koryguje tor jazdy, ale tej funkcji w Passacie w 100 procentach ufać nie można. Nie spotkałem zresztą auta, któremu można zaufać, że zawsze skręci, jak trzeba (np. przed robotami drogowymi), nawet w Mercedesie klasy E, w którym miało to pracować idealnie, działanie tej funkcji jest mocno przypadkowe. Uwaga: w miejscach, gdzie pojawiają się skrzyżowania i światła, lepiej z adaptacyjnego tempomatu nie korzystać! System troszkę jednak rozleniwia, a nie widzi czerwonych świateł – łatwo narobić zamieszania albo i czegoś gorszego.

Bez sensu czytnik znaków

Im gorzej oznakowane drogi, tym bardziej przydałby się system czytający znaki drogowe. Jedziesz skołowany, czasem zwyczajnie w drogowym bałaganie na obcym terenie nie wiesz, jak szybko można w danym miejscu jechać, a tymczasem... właśnie wtedy system przestaje działać. Sprawdziłem w południowych Włoszech – niby w nawigacji pokładowej wpisane są miejscowe limity prędkości, niby kamery skutecznie odczytują znaki, ale system nie wie, kiedy ograniczenie zostaje odwołane, tzn. najczęściej nie wie. Tak więc pomysł, by w autach obowiązkowo montowano automatyczne ograniczniki prędkości, jest bez sensu! To może działać w Niemczech, w niektórych miejscach nawet w Polsce, ale nie brakuje w Europie miejsc, gdzie jest w stu procentach bezużyteczny.

Foto: Auto Świat
Passat ekran znaki drogowe

Średnio działający TPMS

Co innego układ kontroli ciśnienia w kołach (TPMS) wykorzystujący czujniki z nadajnikami radiowymi w kołach, a co innego system pośredni, który bazuje na układzie ESP (im mniejsza średnica koła, tym – domyślnie – niższe w nim ciśnienie). Ten pierwszy system działa szybko i bezbłędnie, ale jest drogi w eksploatacji (czujniki co kilka lat trzeba wymieniać, jeśli chcemy mieć dwa komplety kół, musimy za 1000 zł dokupić drugi zestaw czujników). W Passacie TPMS bazuje na układzie ESP, czyli jest dla wszystkich tani (dla klientów i dla producenta). W rezultacie układ ma szanse ostrzec przed powolnym, naturalnym spadkiem ciśnienia, ale gdy konkretnie rozwalisz koło – już nie. System w Passacie potrzebuje kilkunastu minut na reakcję, dlatego gdy w nocy i na odludziu wjechałem w wyrwę w jezdni, to system nie zadziałał. Po chwili poczułem, że chyba coś jest nie tak, ale spojrzałem na panel wskaźników – cisza. Z poczucia obowiązku zatrzymałem się, żeby się upewnić, czy koło sprawne, widzę rozerwaną oponę. Ciśnienia w kole – zero. Za to po wymianie prawego przedniego koła po kwadransie włącza się ostrzeżenie o braku powietrza w lewym przednim kole – akurat w „zapasie” było trochę większe ciśnienie i system tak zinterpretował tę sytuację. Tak działa obowiązkowy system TPMS.

Reasumując...

Automatyczne ostrzeganie i hamowanie w sytuacji kolizyjnej w Passacie działa znakomicie, nie jest przy tym jak np. w niektórych modelach Volvo nadpobudliwe, auto nie hamuje bez sensu przed szlabanem, gdy kierowca nad wszystkim panuje. Nawet, gdy trzeba za to dopłacić, to warto – zaoszczędzimy na zderzakach. Dobrze zaprojektowany jest w Passacie układ monitorujący martwe pole (wyjątkowo czytelne lampy sygnalizacyjne wbudowane w lusterka), fajny jest (dodatkowo płatny) tempomat adaptacyjny. Za mało przydatne można uznać czytanie znaków drogowych i nie sprawdza się pośredni system TPMS (na szczęście jest to wyposażenie seryjne i nie generuje kosztów serwisowych). Skoro jesteśmy przy wyposażeniu dodatkowym: nie dopłaciłbym za head-up display, który oznacza wyświetlanie niektórych parametrów jazdy (m.in. prędkości, wskazań nawigacji) przed oczami kierowcy. W Passacie zastosowano tańszą wersję: wskazania wyświetlane są nie na szybie lecz na wysuwanej z deski rozdzielczej płytce – nie jest to fajne, na szczęście da się całkiem wyłączyć.