Dylemat: nowy czy używany? towarzyszy kierowcom praktycznie od zawsze. Wiadomo, że najlepiej byłoby pójść do salonu, wybrać wymarzony model i po sprawie. Niestety, wcześniej czy później pojawia się problem kosztów – to rozwiązanie jest wygodne, ale drogie. Kupując takie samo auto, tyle że kilkuletnie, możecie sporo zaoszczędzić lub też – pozostając przy założonej kwocie – wybrać o wiele ciekawszy model: lepiej wyposażony, o klasę wyżej pozycjonowany, z lepszym silnikiem.

Zwolennicy zakupów w salonie podkreślają przede wszystkim bezpieczeństwo transakcji. Nie trzeba martwić się o stan prawny auta (np. czy było kradzione) oraz kondycję jego podzespołów – bezwypadkowość nadwozia, zużycie delikatnych i kosztownych nowoczesnych mechanizmów itp. Jest to szczególnie ważne np. przy zakupie diesli, które są bardzo czułe na sposób eksploatacji – kupując używany egzemplarz, nigdy nie wiemy, jak traktował go poprzedni właściciel.

Kolejne zalety „nówki” to możliwość dowolnej konfiguracji wersji wyposażeniowej, koloru itp. Czasem może wiązać się to z oczekiwaniem (nawet kilka miesięcy), ale przecież zazwyczaj nie spieszymy się aż tak bardzo – warto poczekać. Ważna może też okazać się przyjemność wyjazdu nowym autem z salonu.

Dla wielu nabywców ważniejsza od przyjemności jest gwarancja. Kupujący w salonie otrzymują zapewnienie, że auto co najmniej dwa lub trzy lata pojeździ bez dodatkowych kosztów. Czy jednak nie jest to tylko złudzeniem? Częściowo niestety tak. Żeby korzystać ze świadczeń, trzeba jeździć na przeglądy do autoryzowanej stacji. To może dać gwarancję jakości, ale z pewnością gwarantuje też… wysokie ceny. Nabywcy „używek” serwisują auta, gdzie chcą, przy wykorzystaniu części o różnej jakości: oryginalnych, zamienników lub używanych. Warto też zaznaczyć, że gwarancja wcale nie chroni przed wszelkimi kosztami. Za elementy eksploatacyjne (klocki hamulcowe, łączniki stabilizatorów, sprzęgła) trzeba płacić, podobnie jest niestety z wieloma częściami, które mogą być kosztowne, ale nie zawsze są opłacane przez producenta, np. elementy czułego układu wtrysku paliwa w nowoczesnych dieslach.

Wiele osób traktuje salon nie tylko jako miejsce bezpiecznego zakupu, lecz także łatwego do uzyskania kredytu i taniego ubezpieczenia. Po części to prawda, ale głównie wtedy, gdy traficie na promocję – pakiet ubezpieczeń możecie otrzymać np. za darmo lub za symboliczną opłatą. To samo dotyczy kredytów (np. 4x25 proc.) – jeśli przewidują preferencyjne warunki, to jest to spory plus, z pewnością nieco też łatwiej je otrzymać. Nawet jeśli okaże się (co jest niemal pewne), że teoretycznie bezpłatna pożyczka niesie z sobą konieczność opłacenia ubezpieczenia, to i tak zazwyczaj jest ona korzystna.

Jednak nabywcy aut z drugiej ręki wcale nie są skazani na gotówkę. Chyba nie ma komisu, który nie oferowałby pośrednictwa w finansowaniu, a jeśli kupujecie auto od osoby prywatnej, możecie skorzystać z pomocy profesjonalnych pośredników lub po prostu załatwić samemu kredyt w banku.

Większość kierowców woli jednak rynek wtórny. Nic w tym dziwnego – można zaoszczędzić sporo pieniędzy, a ryzyko zakupu powypadkowego „złomu” nie jest w końcu aż tak duże, wystarczy dokładna weryfikacja stanu. Często jednak trzeba nastawić się na żmudne poszukiwania. Z pewnością mniejsza jest również utrata wartości, która przeważnie dość mocno daje się we znaki tuż po wyjeździe z salonu.

Pewne jest niestety to, że po zakupie auta z drugiej ręki trzeba zazwyczaj od razu pomyśleć o porządnym przeglądzie – zależnie od wieku i przebiegu: o wymianie paska rozrządu, oleju w skrzyni biegów, opon.

Przygotowaliśmy zestawienie w czterech grupach cenowych – za blisko 30, 40, 50 i 60 tys. zł. Wybraliśmy ciekawe naszym zdaniem nowe auto (niestety, zwykle przydałby się większy budżet na lepszy silnik i bogatsze pakiety wyposażeniowe) i zestawiliśmy je z używanym, które mogłoby być realnym konkurentem. Tabelki z kosztami eksploatacji są oczywiście orientacyjne. Nie da się precyzyjnie przewidzieć utraty wartości, usterek, jakie wystąpią itp. Założyliśmy, że wszystkie auta pokonują rocznie 20 tys. km i raz do roku stawiają się na przegląd. Przyjęte ceny paliwa to 5,46 zł za litr benzyny i 5,30 zł za olej napędowy.

Za 30 tys. zł: nowa Dacia Sandero czy Toyota Auris z 2010 r.

Toyota Auris:

Kompaktowe Toyoty od lat uchodzą za wzorce trwałości, więc taki wybór, gdy szukacie odpowiednika dla nowego auta, ma sens. Kwota 30 000-33 000 zł powinna wystarczyć na wersję po liftingu (2010 r.), ale raczej w uboższych wariantach i z bazowym silnikiem 1.3. Możecie liczyć na elektrykę szyb i lusterek, cztery poduszki i klimatyzację manualną (Terra). Kogo kuszą bogatsze pakiety i mocniejsze silniki benzynowe lub diesle, ten powinien skupić się na autach sprzed liftingu.

Jakie cechy ma Auris z 5-drzwiowym nadwoziem (w pierwszej generacji nie było kombi, zaś 3d jest mniej polecaną wersją)? Na pasażerów czeka spora przestrzeń (niezła tylna kanapa) i akceptowalny bagażnik, ale materiały we wnętrzu nie porywają. Podobać się może podwozie zapewniające wygodę. Pod względem trwałości mechaniki Auris jest świetnym wyborem (poza dwulitrowym dieslem).

Dacia Sandero:

Kto chce kupić Dacię za 30 000 zł, z salonu rumuńskiej marki odjedzie… zawiedziony lub z bazową odmianą Access (29 900 zł). Radzimy dołożyć 3700 zł i wybrać Ambiance, dzięki czemu auto będzie miało lakierowane zderzaki, a w środku znajdzie się pakiet elektryczny. W dalszym ciągu nie ma mowy o klimatyzacji czy systemie audio (pakiet za 2900 zł), a kierownica nie będzie miała regulacji. Pamiętajcie przy tym, że jedyny silnik w tej cenie to dość prosty, choć w miarę nowoczesny benzyniak 1.1. Diesel podnosi cenę do minimum 41 400 zł, zaś nowoczesna jednostka 0.9 TCe (z doładowaniem) – do 42 600 zł. Nie liczcie też na LPG, chyba że macie 37 100 zł. Po zmianach w 2012 r. Sandero wygląda naprawdę ładnie, ale pamiętajcie, że jakość materiałów we wnętrzu ciągle nie rozpieszcza. Jak na segment B kokpit auta ma tylko przeciętną wielkość, za to bagażnik jest spory.

Foto: Auto Świat
Dane techniczne i porównanie kosztów eksploatacji.

Nasz werdykt: używana Toyota Auris

Lepiej poszukać Aurisa, choć nie będzie to łatwe. Brak szczególnych preferencji co do konkretnej wersji silnikowej lub wyposażeniowej znacznie rozszerzy zakres poszukiwań. Doceniamy bardziej przestronną kabinę Aurisa i jego wysoką niezawodność, która pozwala liczyć na to, że kolejne lata eksploatacji miną bez przykrych niespodzianek. Dacia ma dobrą cenę, ale ostatecznie nas nie przekonała.

Za 40 tys. zł: nowy Ford Fiesta czy używana Mazda 3 z 2011 r.

Mazda 3:

Auta Mazdy cieszą się świetną opinią dotyczącą niezawodności. Pojawiają się co prawda zarzuty, że Japończycy ciągle jeszcze nie uporali się z problemem korozji, jednak w stosunkowo młodym aucie nie musi być to dramat – wystarczy porządne zabezpieczenie. Nie dziwi więc, że używane egzemplarze nieźle trzymają cenę. Jednak – jak na segment aut kompaktowych – 40 000 zł na używane auto to niemała kwota, więc bez problemu powinniście znaleźć „trójkę” z 2011 r. z w miarę pewną historią serwisową. Miłośnicy modelu muszą pogodzić się z ograniczoną paletą silników. Benzynowe to właściwie tylko słaby, dość paliwożerny 1.6/105 KM i nowoczesny, dużo bardziej dynamiczny 2.0, wyposażony we wtrysk bezpośredni (są też wersje 2.3 – usportowione MPS i 2.5 z USA). Z diesli możecie zdecydować się na 1.6 (korzenie w PSA) i mniej polecany 2.2.

Ford Fiesta:

Kto spodziewa się, że 40 000 zł pozwoli poszaleć w segmencie B, ten może poczuć się zawiedziony. Nasz wybór padł na kuszącą wyglądem Fiestę (ostatni lifting w 2012 r.). Niestety, choć cennik promocyjny rozpoczyna się od 35 900 zł, okazuje się, że po pierwsze, wersja ta (Ambiente) wymaga dokupienia pakietu (klimatyzacja i radio) za 3100 zł, a po drugie, trzeba jeszcze doliczyć 1000 zł za drugą parę drzwi – w ten sposób cena osiąga 39 950 zł. Jeśli zdecydujecie się na silnik 1.25/82 KM, musicie dorzucić 3500 zł. Głośno reklamowany EcoBoost 1.0 oznacza wydatek co najmniej 46 500 zł (5d), zaś diesel wymaga pozostawienia w kasie Forda minimum 49 100 zł. Oprócz ładnego wyglądu Fiesta przekonuje też niezłym wyposażeniem (seryjnie 7 poduszek), ale żeby mieć dostęp do opcji, trzeba wybrać wersję Trend. Mankamentem jest za to np. ciasnawa kanapa tylna.

Foto: Auto Świat
Dane techniczne i porównanie kosztów eksploatacji.

Nasz werdykt: używana Mazda 3

Gdybyśmy mogli zamówić Fiestę z lepszym silnikiem i bogatszym wyposażeniem, wygrałaby pojedynek, ale nie byłoby to auto za 40 000 zł, lecz raczej za ponad 50 000 zł. Mazda ma mocno ugruntowaną pozycję ze względu na niezawodność. Poza tym jest poprawnie skonstruowanym kompaktem i da więcej przyjemności, ale jej eksploatacja będzie wyraźnie droższa. Po zakupie ewentualnie zabezpieczcie Mazdę przed korozją.

Za 50 tys. zł: nowy Opel Meriva czy Opel Zafira z 2011 r.

Opel Zafira:

Nowoczesny duży van zamiast mniejszego? Oferta jest kusząca, jednak najnowsza generacja Zafiry na razie niezbyt często gości w ogłoszeniach. Na podstawie analizy cennika Eurotaxu dowiadujemy się, że 50 000 zł wystarczy na zakup auta z początku produkcji (2011 r.), z raczej ubogim wyposażeniem i którymś z bazowych silników – 1.8/115 KM lub 1.4T/120 KM. Diesle kosztują już znacznie więcej. Warto jednak rozważyć, czy nie poprzestać na poprzedniej generacji auta (Zafira B) – jest mniej efektowna, ale ofert w okolicy 50 000 zł znajdziecie naprawdę mnóstwo, i to w dowolnej wersji silnikowej. Zafira Tourer (nazwa 3. generacji) zachwyca ilością miejsca. Nie wszystkie auta mają trzeci rząd siedzeń (składany i chowany w podłodze), nie jest tam zresztą nadzwyczaj wygodnie. Za to w drugim rzędzie pasażerowie poczują się naprawdę dopieszczeni.

Opel Meriva:

Kompaktowe vany znalazły trwałe miejsce na rynku, za to przestrzenne auta, ale powstałe na bazie pojazdów segmentu B, nie cieszą się – co jest dość dziwne – podobnym uznaniem. Zainteresowała nas Meriva, która wyróżnia się tylnymi drzwiami otwieranymi „pod wiatr” (zawiasy umieszczono nie na środkowym słupku, lecz na tylnym). Co prawda, 50 000 zł nie pozwoli poszaleć – bazowy motor 1.4 w wariancie Essentia wymaga wydania 49 950 zł – ale już w tej wersji Meriva nie będzie goła: wyjedzie z salonu z klimą, elektryką, radiem i ESP. Tylne fotele będą miały specjalny system składania i przesuwania FlexSpace. Bogatsza odmiana Enjoy ma m.in. boczne poduszki, kurtyny i przesuwaną konsolę środkową (FlexRail), dlatego dodatkowe pieniądze lepiej wydać nie na mocniejszy doładowany silnik 1.4T (od 53 800 zł), lecz właśnie na wspomnianą wersję Enjoy 1.4 (53 150 zł).

Foto: Auto Świat
Dane techniczne i porównanie kosztów eksploatacji

Nasz werdykt: remis

Tym razem wskazujemy remis. Oba samochody to produkty tej samej firmy, prezentują zatem podobny poziom jakościowy. Zafira z benzyniakiem 1.8 nie należy do modeli podwyższonego ryzyka, nawet gdy na jej liczniku widać około 100 tys. km. Meriva (z silnikiem 1.4) to bez wątpienia mniejsze auto, ale oszczędniejsze, zaś na co dzień znacznie bardziej poręczne podczas manewrowania. Wybór nie jest łatwy.

Za 60 tys. zł: nowa Skoda Octavia czy Audi A4 z 2009 r.

Audi A4:

Prestiż kosztuje. Ta stara prawda w przypadku Audi sprawdza się w 100 procentach. Decydując się na A4, warto pamiętać, że zadbane, wzorowe egzemplarze na zachodzie Europy są drogie, więc prawdziwych okazji jest naprawdę mało. Rozsądna oferta za 60 000 zł? Kombi z 2009 r. z dieslem 2.0 (to już common rail) i przebiegiem minimum 100 tys. km (na mniejszy nie ma co liczyć). Audi stawia na wysoką jakość wykończenia i bogate wyposażenie (większość dostępnych egzemplarzy jest naprawdę sowicie doposażona). Kto liczy litry w bagażniku, będzie zawiedziony, tak samo jak osoby często jeżdżące w pełnym, 5-osobowym składzie. Wartość Audi ujawnia się gdzie indziej – chodzi nam o m.in. perfekcyjne prowadzenie i szeroką paletę wersji: silniki benzynowe z wtryskiem bezpośrednim (do 450 KM!), turbodiesle z common railem, napęd 4x4, „automaty”.

Skoda Octavia:

Osoby z praktycznym podejściem bez kłopotu docenią zalety Octavii, nawet w wersji 5-drzwiowej (na kombi nie starczy nam pieniędzy) – mało który konkurent może zaoferować blisko 600-litrowy bagażnik! Co prawda, 60 000 zł nie pozwoli na swobodne ukształtowanie wersji, ale odmiana 1.2 TSI Active okazuje się całkiem przyzwoita. Diesle kuszą, ale nie ma szansy wyjechać z salonu, jeśli nie wyda się 70 000 zł. Warto podkreślić, że standard obejmuje 7 airbagów, klimatyzację manualną oraz podstawowe audio z wejściami USB i Aux – taka konfiguracja dla wielu osób okaże się wystarczająca. Co ciekawe, Octavia 1.2 (4-cylindrowy motor z wtryskiem bezpośrednim i doładowaniem) przyzwoicie wypada w teście – zadowalająco przyspiesza (przynajmniej od 0 do 100 km/h), ma przestronne wnętrze i akceptowalną jakość. Braki mocy czuć głównie na autostradzie.

Foto: Auto Świat
Dane techniczne i porównanie kosztów eksploatacji

Nasz werdykt: Skoda Octavia

Używane Audi będzie miało już kilka lat i około 100 tys. km, a to oznacza, że szykują się spore wydatki eksploatacyjne. Zaawansowana technika jest kosztowna w obsłudze. Na dodatek wiele egzemplarzy ma za sobą poważne przygody, więc konieczna jest cierpliwa weryfikacja. Niestety, za 60 000 zł kupicie tylko Octavię 1.2. Wolelibyśmy diesla i kombi (najlepiej z napędem 4x4), ale to już o wiele droższy zakup.

Podsumowanie

Bardzo często wybór auta używanego podpowiada rozsądek – po prostu zakup w salonie jest droższy i nie ma po co przepłacać. Za używany egzemplarz zapłacicie mniej lub kupicie ciekawszy. Gwarancja jest oczywiście niemałą zachętą, ale nie należy jej przeceniać. Nie tylko w Polsce jest tak, że bardzo istotnym gronem klientów w salonach są firmy, dla których ważne jest nie to, ile trzeba zapłacić, co ciągłość pracy samochodu i przewidywalność kosztów. Za zakupem w salonie przemawia trud znalezienia ciekawego egzemplarza używanego – rynek wtórny ciągle stawia przed nabywcami niemałe wyzwania. Trzeba dużej wytrwałości, żeby w rozsądnej cenie znaleźć auto w stanie adekwatnym do wieku i deklarowanego przebiegu.