Oto zestawienie chińskich pomyłek, dziwactw oraz wynalazków rodem z Temu, ale też zalet, które przyciągają zwłaszcza młodych klientów wybierających "chińczyka" na swój pierwszy samochód. Powiem wam też, czy dobrze robią.
Można zaklinać rzeczywistość, jak jeden z przedstawicieli chińskich niszowych marek w Polsce, że europejscy i japońscy producenci od dawna z konieczności współpracują ściśle z chińskimi koncernami i że tak naprawdę już nie ma znaczenia — przynajmniej z technicznego punktu widzenia — czy kupujemy samochód chiński, czy niechiński. A zatem — skoro nie widać różnicy — to po co przepłacać?
To jednak nie takie proste: różnice są, i to niemałe. Dla większości chińskich producentów samochodów rynek europejski, a więc tym bardziej polski, jest zbyt mały, aby specjalnie na nasze potrzeby projektować samochody od podstaw. Owszem, można wprowadzić drobne zmiany i poprawki, zwłaszcza jeśli chodzi o drobne zmiany w oprogramowaniu, kolorystyce czy wyposażeniu, ale są granice opłacalności takiej zabawy. Łatwo wpaść w pułapkę.
Chińskie auta robią dobre pierwsze wrażenie
Kiedy ostatnio widzieliście tak odważny kolor w popularnym europejskim samochodzie? Pewnie nigdyŹródło: Auto Świat / Maciej Brzeziński
Trochę z konieczności, bo — wbrew pozorom — tak jest taniej, chińskich samochodów się nie konfiguruje na zamówienie. Importerzy zapewniają jedynie wybór spośród dwóch, rzadziej większej liczby dostępnych opcji. Niemniej, zazwyczaj nawet bazowe wersje chińskich aut mają wyposażenie zaskakująco bogate jak na nasze przyzwyczajenia – przynajmniej na papierze, bo w niektóre triki oszczędnościowe, gdybym ich nie zobaczył, to bym nie uwierzył.
Co ciekawe, w chińskich samochodach — w zdecydowanej, zdecydowanej większości z nich — występuje szklany dach panoramiczny, za który nie trzeba dopłacać, ale też nie sposób z niego zrezygnować. Robi to wrażenie "bogatości".
Jedno z dziwactw (być może podpatrzone przez chińskiego producenta w Porsche): sterowanie wewnętrznymi nawiewami za pomocą ekranu. Niewygodne i odrywające wzrok od drogi.Źródło: Auto Świat / Maciej Brzeziński
Największe wrażenie robi na przeciętnym polskim kierowcy kolorystyka wnętrz i materiały tapicerskie. Z reguły mamy do czynienia ze skórą na siedzeniach – sztuczną skórą – która, przynajmniej póki nowa, wygląda bardzo elegancko i estetycznie. Dochodzą kolory: biały, szary, pomarańczowy, brązowy, zielony... Przyzwyczajeni jesteśmy, że wnętrza samochodów są czarne, a jeśli mają kolor inny niż czarny, np. brązowy, to jest to samochód z wyższej półki i za grube pieniądze. Więc jest efekt "wow!", który sprawia, że klient, który wcześniej był w salonie np. japońskiej marki, zostaje już "u chińczyka".
Standardem w chińskich samochodach są elektrycznie sterowane fotele, najczęściej jest ogrzewanie i często także wentylacja foteli, zdarza się — i to bez dopłaty — opcja masażu. Są kamery (z reguły bardzo dobre, choć są wyjątki). Najczęściej jest pełen pakiet systemów asystujących kierowcy. Wrażenia nowoczesności dopełniają ekrany dotykowe, którymi można sterować większością funkcji w samochodzie. Nie należą do rzadkości elektrycznie otwierane klapki chroniące port ładowania w elektrykach, elektrycznie sterowane, za pośrednictwem ekranu, nawiewy powietrza i inne gadżety spotykane w luksusowych samochodach za naprawdę grube pieniądze. Nie są rzadkością elektryczne klamki zewnętrzne i wewnętrzne... Słowem: czego tu nie ma!
Na czym oszczędzają chińscy producenci aut?
Okazuje się jednak, że "rozrzutność" chińskich producentów samochodów ma swoje granice i wiele elementów wyposażenia, które robią wrażenie w cennikach, tak naprawdę ma tylko częściową funkcjonalność, bo miało być tanio. Przykłady? Proszę bardzo.
- Dostęp bezkluczykowy — tak, ale tylko z jedną aktywną klamką, tylko po stronie kierowcy. Jeśli więc podejdziecie do samochodu od prawej strony, aby otworzyć samochód, nie wystarczy położyć dłoni na klamce. Trzeba albo podejść od strony kierowcy, albo sięgnąć po pilota. Frustrujące! W europejskich samochodach oszczędzanie w tym zakresie polega na tym, że aktywne klamki zamontowane są tylko w przednich drzwiach auta, ale jednak po obu stronach. Ma się rozumieć, w samochodach naprawdę premium wszystkie klamki są aktywne.
- Elektrycznie sterowane fotele — tak, ale często tylko częściowe. W wielu chińskich samochodach nie ma np. regulacji kształtu odcinka lędźwiowego fotela kierowcy – ani elektrycznej, ani nawet manualnej. W fotelu pasażera najczęściej nie ma regulacji wysokości, co niektórym przeszkadza, bo siedzi się wysoko.
- Tapicerka "skórzana", a tak naprawdę będąca rodzajem tworzywa sztucznego, w ciepłe dni okazuje się wręcz nieznośna. W tym kontekście cieszy, że (znów: dotyczy to często tylko fotela kierowcy) fotel ma chłodzenie, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że jeśli fotel obszyty jest dobrym materiałem tekstylnym albo choćby syntetyczną alcantarą, jak czyni wielu europejskich czy japońskich producentów aut, to i bez wiatraczka w fotelu jest o wiele przyjemniej.
- Upewnijcie się, że samochód ma wzdłużną regulację kierownicy. Dla osób przyzwyczajonych do europejskiej motoryzacji jest to obecnie absolutny standard w samochodzie praktycznie każdego każdego segmentu. W chińskich modelach bywa różnie: jakże się zdziwiłem, gdy wsiadając do wielkiego 7-osobowego SUV-a marki JAC nie mogłem zbliżyć do siebie kierownicy – prawie ją wyrwałem, myśląc, że coś się zablokowało. Cóż... gdy góra nie może przyjść do Mahometa, Mahomet musi przyjść do góry – więc trzeba się przesunąć do przodu, żeby wygodnie operować kierownicą, ale wtedy jedziemy z podkurczonymi nogami.
- W tym samym JAC-u zdziwiłem się, że w miarę wygodny dostęp do foteli trzeciego rzędu możliwy jest tylko z jednej strony samochodu.
- Brak funkcji Carplay/Android Auto. To, co dla nas jest absolutnym standardem, w Chinach jest rzadkością. To nie powinno dziwić, gdyż Chińczycy korzystają na co dzień z innych aplikacji niż Europejczycy. To się oczywiście zmienia: coraz więcej chińskich aut, które początkowo nie miały funkcji Carplay i Android Auto, teraz ją mają. System jest zaimplementowany specjalnie dla nas i często działa nawet bezprzewodowo. O ile rok temu śmiałem się z Forthinga T-Five, że ma on na pokładzie chiński okropny odpowiednik okropnego systemu Mirror Link, który w Europie zniknął z rynku, zanim się na dobre rozwinął, to nowy Forthing T-Five ma już Carplay i Android Auto. Niestety, są to najczęściej nakładki na oryginalny system operacyjny auta, co ma swoje konsekwencje (w Forthingu też) – o tym dalej. Oczywiście, nie wszystkie chińskie modele mają "światowo" rozwiązaną integrację telefonu z samochodem. W niby luksusowym Hongqi HS5 mamy wciąż multimedia jak sprzed 15 lat, nie inaczej jest w Bestune T90 i wielu innych.
- Często, pomimo obecności na pokładzie bardzo dobrych kamer, brakuje przednich czujników parkowania. Niby drobiazg, ale w połączeniu z marną widocznością do przodu jest to spory problem, zwłaszcza gdy kamery nie dają rady w kiepskich warunkach oświetleniowych.
Jak zmieniają się chińskie samochody? Na lepsze, ale powoli
Ciekawy przykład: gdy rok temu wsiadałem do Forthinga T-Five, auta, który niektórym się kojarzy z jednym z modeli Lambo, krzyczało żarówiasto-zielonymi przeszyciami foteli, zielonkawymi, dość tandetnymi listewkami na drzwiach, zwracało uwagę kolorowymi gwiazdkami i kwadracikami świecącymi się na tafli szklanego dachu. Za to układ napędowy zachowywał się, jakby miał mocno niedopracowane oprogramowanie. Zamiast pożądanej funkcji Carplay czy Android Auto, można było połączyć się z samochodem za pomocą chińskiej aplikacji Carbitlink (odradzam).
Aktualna wersja tego samochodu ma już normalną, ciemną tapicerkę bez zielonkawych akcentów, nie ma już gwiazdek na szklanym dachu, za to jest Carplay i Android Auto — byle jak skonfigurowane z systemem, ale są. Napęd hybrydowy działa płynniej. Tylko cena samochodu przestała być konkurencyjna.
Jak się siedzi w chińskim samochodzie?
Duży samochód, a kierownica przy samej desce rozdzielczej i bez regulacji wzdłużnej. Nieprawdopodobne!Źródło: Auto Świat / Maciej Brzeziński
Specyfika chińskich samochodów jest bardzo zauważalna w kontekście pozycji za kierownicą. Jest tak dlatego, że pierwszym odbiorcą chińskiego samochodu są Azjaci, którzy mają nieco inne niż Europejczycy proporcje ciała.
Dla mnie i dla większości kolegów z Auto Świata też (oczywiście, są wyjątki, niektórzy się nie skarżą), problemem są długie nogi, co normalnie rozwiązuje się w ten sposób, że odsuwa się fotel do tyłu. Jeśli jednak odsuniesz daleko fotel, to okazuje się, że masz za krótkie ręce i nie sięgasz wygodnie do kierownicy albo odruchowo trzymasz się jej na zakrętach — każdy instruktor doskonalenia nauki jazdy powie ci, że to duży błąd. Więc trzeba znaleźć złoty środek, który jest jednak kompromisem.
Uwaga: regulacja wzdłużna położenia kierownicy w chińskich autach bywa dość krótka, ale najgorszy jest jej brak. Zdarza się w niektórych modelach, więc przed kupnem auta zwróćcie na to uwagę.
Dodatkowo charakterystyczną cechą chińskich SUV-ów jest wysoko położona dolna linia okien — czyli drzwi kończą się dość wysoko, co ogranicza widoczność i utrudnia np. sięganie do czytnika biletów parkingowych. Rozwiązanie: lubisz, nie lubisz, usiądź wyżej! Tak ma Forthing T5, Bestune T90, SUV-y Hongqi i wiele innych.
Jeszcze jedna rzecz, która w wielu europejskich i japońskich samochodach irytowała kilkanaście lat temu, a dziś najłatwiej o nią w chińskim SUV-ie, to wielkie lusterka umieszczone bardzo blisko przednich słupków. To recepta na znaczne ograniczenie widoczności, w pewnych sytuacjach musisz się wręcz wychylać, żeby się upewnić, że za chwilę nie rozjedziesz pieszego.
Na tym tle aktualne europejskie, ale też japońskie marki wypadają znakomicie. Przykładowo w niektórych Toyotach i Lexusach nie tylko lusterka boczne przesunięte są mocno do tyłu, lecz także pomiędzy lusterkiem i znalazło się miejsce na dodatkową małą szybkę, która wygląda trochę oldschoolowo, ale znakomicie poprawia widoczność i ułatwia jazdę. Ciekawostka: przy okazji prezentacji najnowszego modelu Toyoty RAV4 japońscy inżynierowie z dumą ogłaszali, że udało im się obniżyć deskę rozdzielczą nowego modelu o całe 4 cm, by zapewnić jeszcze lepszą widoczność do przodu. No cóż... młode chińskie marki są jeszcze przed etapem tego rodzaju udoskonaleń.
Ile pali chiński benzynowy SUV?
Bestune T90 – zużycie paliwaŹródło: Auto Świat / Maciej Brzeziński
Zdecydowana większość chińskich SUV-ów sprowadzonych do Polski to nie są modele elektryczne, lecz spalinowe. Samochody te w większości przypadków wyposażone są w silniki o poj. 1,5 l, wyjątkowo 1,6 l i jeszcze bardziej wyjątkowo 2.0.
To, co charakteryzuje chińskie samochody spalinowe, to prosta konstrukcja, brak obecnych w Europie od dawna rozwiązań służących oszczędzaniu paliwa i w efekcie nieakceptowalnie wysokie zużycie paliwa. Są to jednocześnie najtańsze chińskie samochody, więc występuje paradoks: tanie auto jest strasznie drogie w utrzymaniu. I dlatego, o ile mógłbym wyobrazić sobie jazdę niektórymi chińskimi hybrydami (będzie o tym dalej), to nie kupiłbym żadnego chińskiego samochodu z napędem spalinowym, który nie jest hybrydą.
- Czytaj także: Jeździłem chińskim SUV-em premium, który ma być szczytem wszystkiego. Czym jest naprawdę?
Dodatkowo, i śmieszne, i straszne jest to, że chińskie komputerki pokładowe zainstalowane w spalinowych samochodach — w wielu z nich — podają nieprawdziwe dane dotyczące zużycia paliwa. Niektóre zaprojektowane są najprawdopodobniej z premedytacją w taki sposób, aby wprowadzać w błąd. Kogo? Nie wiem. Może klientów, którzy przychodzą do salonu na jazdę próbną i zerkają na dane o zużyciu paliwa?
Na czym polega oszustwo? Samochód bezpośrednio po uruchomieniu podaje dane "z czapki wzięte" — np. 7 l na 100 km od startu. Włączasz więc zimny silnik, na dworze mróz, ruszasz i po przejechaniu 300 m widzisz średnie zużycie od startu 7 l na 100 km. Naprawdę oszczędny Volkswagen z silnikiem 1.5 TSI w takich warunkach pokazałby 25 l na setkę lub coś podobnego, dopiero po chwili zużycie paliwa będzie spadać w miarę rozgrzanie silnika, bo taką charakterystykę ma silnik spalinowy: bezpośrednio po uruchomieniu, gdy się rozgrzewa, ma wir w baku. W "chińczyku" inaczej: zaczynasz od niskiej wartości (skąd się wzięła, nie wiadomo), a potem ona stopniowo rośnie, ale nigdy nie jest zbieżna z faktycznym zużyciem paliwa. Na krótkich trasach komputer pokazuje średnio 7-8 l na setkę, a przy dystrybutorze wychodzi 12 l na 100. Bywa i tak, że komputer pokazujący przebieg od startu pokazuje głupoty, ale komputer pokazujący średnie zużycie paliwa od tankowania już niekoniecznie, np. 12,5 l na 100 km. Jak to jest możliwe, że na krótkich odcinkach nigdy nie przekroczyłeś 8 l na 100 km, a średnio wychodzi o 50 proc. więcej? Taką "funkcjonalność" odkryłem w Baicu, Jaecoo, JAC-u i innych. Ale są wyjątki, albo stopniowo się to zmienia: ostatnio zdziwiłem się nawet, że komputer pokładowy Hongqi HS5 pokazywał wiarygodne dane, bez szachrajstw.
Chińczycy są lepsi w hybrydach — lepsi niż w benzyniakach
Oto chiński SUV od MG HS w wersji, na którą czekaliścieŹródło: Auto Świat / Maciej Brzeziński
O ile niespecjalnie przekonują mnie chińskie hybrydy plug-in — nawet jeśli całkiem nieźle się sprzedają — nie przekonują mnie, ponieważ są dość skomplikowane w codziennej obsłudze i nadmiernie wysilone, co ma swoje konsekwencje eksploatacyjne zwłaszcza zimą, to chińskie zwykłe hybrydy są godne uwagi.
Przykładowo hybrydowe MG HS z silnikiem spalinowym 1.5 robi niezwykłe wrażenie swoim temperamentem: nawet jeśli jego przyspieszenie do 100 km na godz. jest niemal identyczne jak hybrydowej Toyoty RAV4 wyposażonej w silnik o poj. 2,5 l, to powstaje wrażenie, że MG jest bardziej dynamiczne. Po części dlatego, że... jego układ jezdny średnio sobie radzi z przeniesieniem momentu obrotowego, Ogólnie jednak rzecz biorąc chińskie hybrydy są dość przyjemne.
Chińscy producenci — większość z nich — wykorzystują w napędach hybrydowych przekładnię DHT, która działa na zupełnie innej zasadzie niż np. hybrydy wyposażone w przekładnię planetarną. W autach z przekładnią DHT silnik spalinowy albo sam napędza koła samochodu, albo robi to wspólnie z jednym lub dwoma (lub nawet trzema) silnikami elektrycznymi, albo pracuję wyłącznie jako napęd generatora energii elektrycznej. W takim układzie silnik spalinowy podczas przyspieszania często jest odłączany od napędu kół. Silniki elektryczne mają wyższą moc niż w hybrydach z innymi rodzajami przekładni, więc wrażenie "pod gazem" jest często takie, jakbyśmy jechali samochodem w pełni elektrycznym. Podobne rozwiązanie stosuje Renault w swoich modelach hybrydowych (także w hybrydzie Dacii).
To, co może się nie podobać w tym rozwiązaniu, to niemal kompletne rozdzielenie dźwięku silnika spalinowego od położenia pedału gazu, zwłaszcza przy niższych prędkościach. Silnik spalinowy gaśnie i odzywa się, kiedy chce.
Ale ciekawostką jest, że nawet bardzo niszowe chińskie marki w tym samym modelu w wersji hybrydowej potrafią jednak stosować trzy całkowicie różne rodzaje przekładni: "zwykłą" skrzynię zautomatyzowaną dwusprzęgłową, system DHT albo skrzynię eCVT. Pozostaje mieć nadzieję, że różnych rozwiązań nie wkładają losowo do różnych egzemplarzy tego samego modelu wysyłanych do Polski, bo byłby z tego w przyszłości dramat serwisowy...
Tak czy inaczej pomiędzy chińskimi napędami spalinowymi a chińskimi hybrydami jest przepaść — na korzyść tych drugich. Chińskie hybrydy są w akceptowalnie oszczędne i bardziej dynamiczne niż chińskie samochody spalinowe. Na ile trwałe? Ciężko powiedzieć, wiele z zastosowanych technologii to w sumie nowość.
Jeśli w ogóle miałbym jeździć chińskim SUV-em, to właśnie hybrydowym.
Czy to prawda, że chińskie samochody mają nowoczesne i "wspaniałe" multimedia?
Nowy Xpeng G6Źródło: Auto Świat / Maciej Brzeziński
Multimedia w chińskich samochodach podzieliłbym umownie na dwie grupy: starsza generacja ma zazwyczaj jeden podłużny wyświetlacz, w którym "zaszyte" są dwa ekrany: jeden przed kierowcą, na którym niewiele się dzieje, i drugi po prawej stronie — dotykowy. Czasami te multimedia "starej daty" (czyli sprzed kilku lat) mają wyraźnie rozdzielone ekrany, ale po wejściu do takiego auta na pewno zauważycie, że są "stare", a przynajmniej przestarzałe.
Te "stare" chińskie systemy multimedialne z reguły mają wyświetlacze bardzo umiarkowanej jakości — w trybie ciemnym w słoneczny dzień niewiele na nich widać, w trybie jasnym męczą wzrok. W wielu modelach menu nie jest przetłumaczone na język polski albo jest przetłumaczone bardzo źle – łatwo zauważyć, że tłumaczone było za pomocą elektronicznego tłumacza i nie z języka chińskiego, a z angielskiego, który już sam w sobie jest w tym przypadku kopią oryginału. Więc jeśli zobaczycie funkcję, dajmy na to, "oświetlenie atmosferyczne", to chodzi o włącznik oświetlenia nastrojowego. A "załączniki" to nic innego jak "funkcje dodatkowe", których autor interfejsu użytkownika nie wiedział, gdzie przyporządkować i jak nazwać.
W nowocześniejszych chińskich samochodach — a do nich zaliczają się tylko niektóre modele spalinowe i hybrydowe, a za to zdecydowana większość elektrycznych — mamy naprawdę nowoczesne systemy do sterowania samochodem, nowoczesne aż za bardzo, przeładowane zupełnie zbędnymi funkcjonalnościami; żeby pogorszyć sprawę, zamiast czytelnych ikon Chińczycy często stosują listy z opisami funkcji, w które można kliknąć na ekranie albo ikony, ale wszystkie w tym samym kształcie i w tym samym kolorze (np. w modelach marki Xpeng). A oto najdziwniejsze funkcje spotykane w chińskich samochodach:
- Sterowanie nawiewami wnętrza za pomocą ekranu: zamiast sięgnąć do gałki i przesunąć sobie nawiew w górę, w dół czy na bok, musisz wejść w menu użytkownika, wybrać odpowiednią funkcję (najczęściej obsługę klimatyzacji), potem kliknąć w nawiewy, a potem, wodząc palcem po ekranie, zmieniać kierunek nadmuchu powietrza. Co za absurd (m.in. w Leapmotorze, w Xpengu). Skopiowano to prawdopodobnie z flagowego modelu Porsche, myśląc, że wszystko co robi Porsche, jest fajne. A to nieprawda – nie wszystko.
- Ustawianie lusterek za pomocą ekranu i pokręteł lub przycisków na kierownicy. No cóż: nie chodzi o to, by było lepiej, ale żeby było taniej. Dodatkowy regulator na desce rozdzielczej trzeba gdzieś umieścić, trzeba go wyprodukować, zainstalować, doprowadzić do niego kabelki... sterowanie ekranowe jest tańsze, ale jeśli pożyczasz komuś taki samochód, możesz być pewien, że — jeśli jest nowicjuszem w chińskich samochodach — będzie się męczył i męczył, zanim odjedzie, być może machnie ręką na ustawienie lusterek.
- Elektryczne klamki wewnętrzne — same w sobie nie są złe, o ile ktoś zaprojektował z głową wyjście awaryjne. Bo gdy zabraknie prądu, elektryczne włączniki przestaną działać. Najgłupsze rozwiązanie jakie widziałem, skopiowane z Tesli, to zaślepka w dolnej części drzwi: gdy podważy i wyciągniesz albo wepchnie do środka, wewnątrz namacasz drucik z pętelką – gdy go pociągniesz, drzwi się otworzą. Pasażerowi, który np. w razie pożaru nieprzygotowany odkryje to wyjście awaryjne, należy się medal.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
- Możliwość odtwarzania filmów podczas jazdy: tak, wiem, to funkcja przez niektórych pożądana: na głównym ekranie przed kierowcą można oglądać filmy podczas jazdy, w dobrej jakości i z dźwiękiem. Można włączyć YouTube'a, Netflixa lub coś innego. Działa to doskonale w Xpengu (G6, G9), ale też w Changanie Deepalu S05 i pewnie w innych.
- Duży problem, dość powszechny: podczas korzystania z funkcji Carplay czy Android Auto nie mamy bezpośredniego dostępu do żadnych innych funkcji sterujących samochodem. Aby np. zmienić temperaturę czy włączyć albo wyłączyć ogrzewanie fotela, trzeba wyjść z ekranu Carplay, otworzyć odpowiednią zakładkę, włączyć, co się chce włączyć, a potem wyjść z ekranu i ponownie włączyć ekran nawigacyjny w Carplayu. Absurdalna liczba czynności, która w "przestarzałych", a tak naprawdę o wiele lepiej zaprojektowanych samochodach, może być zastąpiona jednym ruchem.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Kto kupuje chińskie auta? Dla wielu klientów jest to pierwszy nowy samochód
Jeśli pytacie, komu najbardziej chińskie samochody psują interes, to — wbrew pozorom — nie są to marki europejskie i tylko częściowo są to inne marki azjatyckie. Najbardziej poszkodowani ekspansją chińskich marek na polskim rynku są handlarze w miarę nowymi samochodami używanymi sprowadzanymi z zagranicy.
Nagle całkiem spora grupa osób stanęła przed dylematem: czy dalej, tak jak w przeszłości, kupować 2–3-letni lub nieco starszy używany samochód, czy może lepiej wziąć samochód marki chińskiej, ale zupełnie nowy i z gwarancją. Bardzo dobrze widać na wielu forach użytkowników chińskich samochodów, że są oni zaskoczeni wieloma funkcjami, które są typowe dla nowych aut, ale niektórzy jeszcze bardziej zaskoczeni są dość skomplikowaną obsługą niektórych chińskich samochodów. W tej komplikacji przodują — moim zdaniem — wysilone chińskie hybrydy plug-in, które wymagają dość ostrożnej eksploatacji, zwłaszcza zimą utrzymywania odpowiedniego poziomu naładowania baterii trakcyjnej, dopasowywania stylu jazdy i ustawień odpowiednich do warunków. A kto nie stosuje się do wymagań, ten czasem wzywa pomoc drogową.
Pojawiają się pytania, np. jak na stałe wyłączyć ostrzeżenia o przekroczeniu prędkości? Kto obcuje z nowymi samochodami dłużej, ten wie, że te sygnały dźwiękowe są obowiązkowe i włączają się po każdorazowym włączeniu silnika. Owszem, niektóre chińskie auta ich – wbrew przepisom – nie mają, ale to dlatego, że są to samochody bez homologacji, sprowadzane do Polski z wykorzystaniem pewnych luk w unijnym systemie homologacji pojazdów. Są legalne, ale brak homologacji sugeruje, iż są to niszowe modele, których długotrwała obecność na unijnym rynku nie jest wcale przesądzona.
Kupujący chińskie auta bywają bardzo zadowoleni, ale są i rozczarowani: poziomem obsługi, nawracającymi usterkami, wydłużonym oczekiwaniem na części po stłuczce — bywa, że i kilka miesięcy. A czy sam bym kupił chiński samochód? Na razie nie, ponieważ...
Cena czyni cuda, ale wszyscy się dostosowują, a Japończycy rozbili bank
Nowa Mazda CX-5 w podstawowej wersji kosztuje tyle, ile przeciętny "chińczyk"Źródło: Auto Świat / Maciej Brzeziński
Gdy ostatnio doradzałem znajomemu samochód, trójką modeli pierwszego wyboru zostały: Dacia Bigster z napędem hybrydowym w najdroższej wersji (bo dość duża i mało pali), używana Toyota RAV4 (bo ma renomę niezawodnego auta i oszczędny oraz wydajny napęd) oraz nowa Mazda CX-5 w podstawowej wersji, ale z dopłatą za najdroższy lakier — w sumie w cenie 144 tys. 400 zł.
Sugerowałem wziąć Mazdę, ale postanowiłem też pokazać znajomemu hybrydowego "chińczyka", który idealnie wpasował się ceną (w tzw. promocji 144 tys. 900 zł) i wielkością w to, czego facet szukał. Reakcja na Forthinga T-Five: – Nie no, co ty, dlaczego miałbym kupić chiński samochód zamiast Mazdy, jeśli kosztują dokładnie tyle samo? W czym jest on lepszy?
Ostatecznie stanęło na CX-5 w nieco droższej wersji za, łącznie z kolorem, 160 tys. 900 zł. Znajomy stwierdził, że wyższa wersja ma już wszystko to, co mieć powinna, a jej wyposażenie, gdy przyjrzeć się dokładnie, jest nawet lepsze niż w "chińczyku": owszem, nie ma w tej cenie szklanego dachu, ale większość rzeczy, które auto ma, działa lepiej: dwie aktywne klamki zamiast jednej, o niebo lepsze multimedia, lepsza gwarancja, marka z historią, która raczej z dnia na dzień nie zniknie — a wszystko to za naprawdę niewiele większe pieniądze.
Więc gdy się przyjrzeć ofercie rynkowej, okaże się, że aby mieć auto dobrze znanej i renomowanej marki, trzeba dopłacić niewiele lub nic — a jedynie zrezygnować z paru gadżetów.
Ceny w porównaniu chińczyk–niechińczyk mocno się ostatnio wyrównały, zwłaszcza w przypadku modeli popularnych, więc choć doceniam, że chińskie modele zmieniają się na lepsze, to na razie wciąż nie widzę powodu, by wchodzić na (na razie) jeszcze niepewny grunt.