• Doładowanie w ostatnich latach weszło do powszechnego użytku również w silnikach benzynowych
  • Nie wszystkie silniki są godne uwagi – w przypadku niektórych usterki są niemal… nieuniknione
  • Nie zawsze też naprawa (nawet za kilka tys. zł) okazuje się skuteczna…

Od 1973 roku minęło 46 lat – w motoryzacji oznacza to kilka epok! Dlaczego odwołujemy się do tego roku? Bo pokazano wtedy model BMW 2002 turbo – pierwszy produkowany w Europie samochód osobowy z doładowanym silnikiem. Wówczas był to prawdziwy szok! Zarówno ze względu na technikę (doładowanie zrewolucjonizowało wyścigi Formuły 1 dopiero kilka lat później), jak i oferowane osiągi. Przy dwóch litrach pojemności silnik BMW miał moc 170 KM.

Jednak od tego czasu dużo się zmieniło. W silnikach wysokoprężnych doładowanie już praktycznie 20 lat temu stało się obowiązkowym elementem (poza pojedynczymi konstrukcjami, takimi jak 2.0 SDI Volkswagena). W benzyniakach długo oznaczało jednak wersje sportowe, i to na dodatek te z górnej półki. Mniej więcej 10 lat temu takie konstrukcje zaczęły pojawiać się znacznie częściej. Obecnie silniki wolnossące praktycznie wypadły z obiegu – przynajmniej w salonach z nowymi autami.

Oznacza to, że już teraz na rynku wtórnym doładowany benzyniak to nic nadzwyczajnego, a za kilka lat takie konstrukcje będą dominowały. Czy to rozwiązania bezpieczne z punktu widzenia techniki? Czy nie będą generowały zbyt wysokich kosztów? Odpowiedź na to pytanie jest… i prosta, i trudna. Dlaczego? Bo samo doładowanie nie musi wiązać się z wydatkami. Turbina jest prostym urządzeniem.

Co prawda, wirnik często obraca się z prędkością nawet ponad 200 tys. obr./min, ale jeśli ma odpowiednie smarowanie, to może pracować bez większej szkody przez setki tysięcy kilometrów. Nawet jeśli się zużyje, to często wystarczy dość prosta regeneracja (dosłownie za kilkaset złotych), żeby przywrócić spokój na kolejne kilkadziesiąt tys. Ale jest również druga strona medalu – doładowania nikt nie wsadza do samochodów, które mają kiepskie osiągi. Co prawda, Saab eksperymentował z lekkim doładowaniem, jednak większość konstrukcji ma przekładać się na możliwie wysoką moc i dobre osiągi.

Jak wyglądają doładowane silniki benzynowe stosowane w ostatnim dziesięcioleciu? Przyjrzeliśmy się konstrukcjom o pojemności pomiędzy 1,0 a 2,0 l. Znajdziecie wśród nich zarówno jednostki 3-, jak i 4-cylindrowe. Większość z nich idealnie wpisuje się w ideę downsizingu – zmniejszenia pojemności skokowej bez szkody dla osiągów. To jedyna metoda spełnienia ostrych norm emisji spalin i zapewnienia (przynajmniej na papierze…) niskiego zużycia paliwa. Dość typową cechą jest znaczący wzrost zużycia paliwa w czasie dynamicznej jazdy. Silniki są oszczędne, ale tylko przy niskich obciążeniach. Podczas agresywnej jazdy spalanie często bywa wyższe niż w wolnossących jednostkach o dużej pojemności.

Niestety, nowoczesne silniki są wysilone, co oznacza również wysoki stopień skomplikowania konstrukcji. A za tym idą wpadki producentów – drobne awarie, ale też poważne usterki, sprawiające, że silnik idzie na złom. Których jednostek lepiej unikać? Niestety, wpadek jest więcej niż rzeczywiście udanych konstrukcji. Ewidentne niedoróbki? Do takich zaliczamy np. silniki Forda – popularne EcoBoosty mają wiele słabych stron, awarie najczęściej oznaczają wysokie wydatki.

Do kiepskich zaliczymy też motory Renault 1.2 TCe – wysokie spalanie oleju. W praktyce często silników… nie opłaca się naprawiać. Co prawda, czasem wystarczy sama wymiana np. pierścieni, jednak często sprawa jest bardziej skomplikowana. Gdy policzy się koszt rozbiórki silnika, kompletu uszczelek (ważne: po wiele z nich trzeba udać się do ASO, a pominięcie tego wydatku mści się potem nierówną pracą itp.) i nowych części do naprawy, to wychodzi znacząca kwota 4-8 tys. zł. Pół biedy, jeśli ten wydatek oznacza całkowite pozbycie się problemu. Jednak nie zawsze diagnoza okaże się trafna lub naprawa – skuteczna. A wtedy… zaczynamy od nowa.

Alternatywą jest zakup np. używanego silnika. Które silniki zaliczymy z kolei do udanych? Bez wątpienia to np. jednostki Toyoty, Suzuki, Fiata, czy też np. Kii. Czasem odpowiedź, czy silnik jest dobry, czy nie, nie jest jednoznaczna (np. 1.2 Puretech koncernu PSA).

Naszym zdaniem

Silniki z doładowaniem to kusząca oferta – zapewniają zdecydowanie więcej frajdy z jazdy niż wolnossące wersje o takiej samej pojemności. Tylko czy aby na pewno jest to rozwiązanie bezpieczne dla portfela użytkownika? Przeanalizowaliśmy konstrukcje benzynowe z ostatniego dziesięciolecia. Niestety, nie wszystkie silniki są odpowiednio dopracowane i dają gwarancję bezawaryjnego (albo przynajmniej: bez większych wydatków) pokonania kilkuset tys. km.

W wielu przypadkach trzeba się liczyć z drobnymi awariami osprzętu, w innych – z poważniejszymi usterkami, skutkującymi nawet koniecznością wymiany jednostki (nie wszystkie jest sens naprawiać). Warto zapoznać się z raportem – jeśli nawet nie zrezygnujecie z zakupu konkretnego modelu, będziecie wiedzieć, na co zwrócić uwagę.

Ładowanie formularza...